FANDOM


Ballada o Prawie Bezgłowym Nicku — ballada stworzona w 1992 roku przez Sir Nicholasa de Mimsy−Porpingtona.

Historia Edytuj

W pięćsetną rocznicę swojej śmierci, duch stworzył balladę zatytułowaną „Ballada o Prawie Bezgłowym Nicku”[1]. Wyjaśnił w niej, dlaczego został skazany na ścięcie i dlaczego jego głowa nie została całkowicie ścięta.

Treść Edytuj

It was a mistake any wizard could make,
Who was tired and caught on the hop,
One piffling error, and then, to my terror,
I found myself facing the chop.
Alas for the eve when I met Lady Grieve,
A-strolling the park in the dusk!
She was of the belief I could straighten her teeth,
Next moment she'd sprouted a tusk.

I cried through the night that I'd soon put her right,
But the process of justice was lax;
They'd brought out the block, though they'd mislaid the rock,
Where they usually sharpened the axe.
Next morning at dawn, with a face most forlorn,
The priest said to try not to cry,
"You can come just like that, no, you won't need a hat,"
And I knew that my end must be nigh.

The man in the mask who would have the sad task,
Of cleaving my head from my neck,
Said "Nick, if you please, will you get to your knees,"
And I turned to a gibbering wreck.
"This may sting a bit" said the cack-handed twit,
As he swung the axe up in the air,
But oh the blunt blade! No difference it made,
My head was still definitely there.

The axeman he hacked and he whacked and he thwacked,
"Won't be too long", he assured me,
But quick it was not, and the bone-headed clot,
Took forty-five goes 'til he floored me.
And so I was dead, but my faithful old head,
It never saw fit to desert me,
It still lingers on, that's the end of my song,
And now, please applaud, or you'll hurt me.

Niejeden chwat z magią za pan brat
Myli się, gdy zmęczony,
Ale mój błąd mały, zmienił dni mej chwały
W koszmar krwią zroszony.
Cofnijcie ten czas, gdy pod blaskiem gwiazd
Spotkałem mą Panią wśród mgły!
Obiecałem skwapliwie naprawić jej zęby krzywe
Lecz z ust wyrosły jej kły.
Sąd nie słuchał mych słów, że sprawę tych kłów
Załatwię nim ranek minie;
Pniak przytaszczyli, lecz kamień zgubili
Co ostrzył topór cierpliwie.
Następnego dnia rano, już na mnie czekano
„Trzym się dzielnie” ksiądz mówił,
„Nie potrzeba nic brać, nie potrzeba się bać”
Modlitwę nade mną zmówił.
Już nie było odwrotu, gdy ujrzałem topór
Co głowę mą piękną miał ściąć,
A gdy powiedział kat, bym na kolana padł
Straszliwie zacząłem się trząść.
„Może trochę boleć”, powiedział głupi koleś
Podnosząc topór w górę,
Lecz ostrze tępe było, niewiele zmieniło
Lekko drasnęło skórę.
Kat walił jak leci, i raz, i drugi, i trzeci
Rąbał ile się dało,
Aż minął długi czas, gdy czterdziesty piąty raz
Wykończył me biedne ciało.
Ale mimo wszystko, jakby na pośmiewisko,
Głowa ze mną jest wciąż
A teraz proszę gości, nie róbcie mi przykrości
Klaszczcie jak jeden mąż.

Źródło: [1]

Występowanie Edytuj

Przypisy

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.