FANDOM


Oto rozdział drugi fan fiction, które opisujemy razem z Michnarem. Rozdział pierwszy tutaj.

Rozdział II

Gdy utworzył już dostatecznie dużą armię, postanowił zbudować sobie świątynię. Na Olimpie, rzecz jasna, w miejscu, z którego tak dawno temu rządził światem. Zajęło mu to nie więcej niż pięć minut. I tak oto powstał zamek, na wzór starej greckiej świątyni.

                                                                          ***

Zeus siedział spokojnie na wielkim, kamiennym tronie pośrodku swojej komnaty. Komnata była tak ogromna jak Wielka Sala w Szkole Magii i Czarodziejstwa (może nawet większa). Była cała pomalowana na ciemnozłoty kolor. Wokół pomieszczenia, pod ścianami stały najróżniejsze posągi i popiersia. Wielkie sklepienie opierało się na sześciu grubych kolumnach. Okna były małe i prostokątne, umieszczone wysoko, więc nie wpadało przez nie za dużo światła, a mimo to komnata była całkiem nieźle oświetlona poświatą bijącą z szaty niegdyś najwyższego z bogów greckich. Przed Zeusem stali Grindelwald i Riddle. Obaj czarnoksiężnicy wyglądali na zadowolonych z powrotu do życia.

— Musimy pozbyć się osób, które mogą nam zagrozić. Albus Dumbledore... — zaczął Zeus.

— Nie żyje. — dokończył za niego Gellert.

— A więc... Harry Potter?

— Tak. To właśnie on pozbawił mnie życia... Jest mi wstyd, że zwykły nastolatek... — odezwał się Voldemort.

Twarz Toma Riddle'a pokryła się lekkim rumieńcem. Widocznie wraz ze starym ciałem powróciły również niektóre ludzkie cechy.

— Z tego co mi wiadomo, ten zwykły nastolatek jest już dorosłym czarodziejem. I to dosyć niezwykłym. Poza tym ty pozbawiłeś życia Gellerta. Ale jesteśmy już po jednej stronie. Należy sobie wybaczać.

Grindelwald spojrzał na Voldemorta spode łba. Zeus zamyślił się, a po chwili rzekł:

— Harry Potter. Hmm... Ja sam nie mogę go dosięgnąć. Ale wyślę do niego moje demony. Antantis!

Machnął ręką, a tóż obok nich pojawiły się trzy demony. Różniły się tylko barwą.

— Gellercie, Tomie, to są Amot, Elaine i Flort. Moi wierni słudzy w zamierzchłej przeszłości.

Amot był ciemnoniebieski, Elaine ciemnozielony, zaś Flort szkarłatny. Zeus przyglądał im się z zadowoleniem na twarzy. Demony nie były duszami ludzi, więc przyzwanie tej trójki nie sprawiło mu większego kłopotu.

— Wiecie co macie robić. 

Demony wyleciały z pomieszczenia, a Zeus zwrócił się do Riddle'a.

— Ach, Tom. Powróciłeś, więc Harry Potter może odczuwać lekkie bóle tej starej blizny. Nie jestem w stanie temu zapobiec. Ale myślę, że Potter nie będzie wiedział co one oznaczają. Jest bystry, ale ty przecież umarłeś na jego oczach. A Dumbledore wmawiał mu, że nic nie może naprawdę przywrócić zmarłych do życia.

Siedział na swoim zdobionym różnymi magicznymi symbolami tronie i patrzył na twarze dwóch czarnoksiężników. Po dosyć długiej chwili milczenia odezwał się Grindelwald:

— Jakie są plany, Zeusie? Ujawnimy się mugolom?

— Tak, to napewno nastąpi, ale to nie jest główny plan. Przede wszystkim chcę, żeby ludzie wierzyli, modlili się...

Bo kiedy oni się modlą, ja rosnę w siłę — dokończył w duchu Zeus. Przypomniał sobie ludzi padających na kolana przed Bazyliką. Na jego twarzy pojawił się wyraz triumfu.

— A ludzie wierzą i modlą się, jeśli się boją. Więc jak będzie trzeba to zmusimy ich do czczenia mnie. Z tym nie ma problemu. Ale, żeby tego dokonać musimy najpierw przejąć świat czarodziejów. Wykorzystamy wasze niezrównane talenty do szerzenia paniki. Czarodzieje myślą, że jesteście martwi. Jak was zobaczą...

Zeus uśmiechnął się drwiąco. W oczach zarówno Gellerta, jak i Toma pojawił się błysk. Błysk ten oznaczał chciwość, chciwość na nic innego jak na władzę.

— No więc przejdźmy do realizacji naszego planu. Tom, chciałbym abyś udał się do Hogwartu. Najlepiej tak, żeby nikt cię nie zauważył. Tam otworzysz Komnatę Tajemnic i zabierzesz pozostałe kły bazyliszka. — Wiedział, że będzie mógł odtworzyć horkruksy Riddle'a mając substancję, która je zniszczyła. Natomiast dla Grindelwalda mógł poprostu skopiować horkruksy Toma, wszczepiając w nie cząstki duszy Gellerta. Tak, jako dawny bóg, mógł o wiele więcej niż zwykli czarodzieje. — A dla ciebie, drogi Gellercie mam inne zadanie. Wtargniesz do Ministerstwa Magii i porwiesz ministra. Ten nowy nazywa się chyba Kingsley Shacklebolt.

Zeus mógłby wysłać tam swoje demony, ale dysponował tylko trzema, bo reszta się od niego odwróciła, a ową trójkę wysłał w celu uśmiercenia Harry'ego Pottera. I jakoś nie bardzo chciał się do tego przyznawać przy czarnoksiężnikach.

— A różdżki? — zapytał Gellert.

— Nie będą wam potrzebne. Kiedy przyzwałem wasze dusze z zaświatów oddałem wam cząstkę swojej mocy, więc teraz do czarowania nie będą wam potrzebne różdżki.

Voldemort i Grindelwald spojrzeli po sobie z osłupieniem zmieszanym z zadowoleniem na twarzach, a potem odwrócili się i wyszli z komnaty zostawiając Zeusa sam na sam ze swoimi myślami. Tyle było do zrobienia...


Tymczasem setki kilometrów od Olimpu, w jednym z domów w Dolinie Godryka pewien trzydziesto czteroletni mężczyzna z blizną w kształcie błyskawicy, opowiadał swoim dzieciom o quidditchu. Nie mógł zdawać sobie sprawy z tego, że za kilka godzin rozboli go ta stara blizna, nie mógł zdawać sobie sprawy z tego, w jakim znalazł się niebezpieczeństwie. Nie po raz pierwszy zresztą.


Rozdział III – tutaj.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.