|
DZIEWIĘTNAŚCIE
Cichutkie tykanie Zegara Potterów było jednym z dwóch dźwięków, które zakłócały ciszę. Drugim było ledwie słyszalne pochrapywanie Ginny. Harry nigdy jej o tym nie powiedział, jako kobieta za mocno by się pewnie tym przejęła, a on lubił takie małe tajemnice. Od dawna budził się przed świtem i leżał z zamkniętymi oczami w małżeńskim, skrzypiącym łożu, myśląc z rozkoszą tylko o tym, że leży przed świtem w małżeńskim skrzypiącym łożu. Tego też nikt nie wiedział.
Miganie czerwonego światła dostrzegł nawet przez zamknięte powieki. Zdusił przekleństwo i starając się nie obudzić żony wyszedł z łóżka. W salonie stała na podstawce przerobiona przez niego stara przypominajka. Kiedy pulsowała czerwonym światłem oznaczało to, że ktoś z Biura pilnie szuka z nim kontaktu. Nienawidził tych błysków. Ziewając podszedł do kuli i położył na niej dłoń. Po chwili w kominku błysnęło zielone światło i pojawiła się zniekształcona twarz.
- Mam urlop! - warknął Harry - Legalny, zatwierdzony, jednodniowy urlop!
Zniekształcona twarz młodej kobiety w dogasającym żarze kominka nie zmieniła wyrazu.
- Jest sytuacja awaryjna, dzisiaj w nocy...
- Mam Urlop - powtórzył Harry z naciskiem. - Jest pierwszy września, za kilka godzin odprowadzam dzieci na pociąg do Hogwartu, najmłodszego syna pierwszy raz. Zdobyłem urlop właśnie po to, żeby Brzytwa dzisiaj mnie zastępował. Napisałem podanie, mam na nim zgodę i podpis szefa...
- Przecież ty jesteś naszym szefem...
- ... i mam dzisiaj dzień wolny od pracy. - Harry nie zwracał uwagi na to co mówi dziewczyna. - Czyli co, Malina? Czyli UR-LOP! Dzisiaj wszystkie sprawy załatwia Brzytwa. Dziękuję za uwagę i idę spać, jest piąta rano.
Zanim zdążył przerwać połączenie głowa dziewczyny w kominku szarpnęła się gwałtownie.
- Zebra!
Harry momentalnie otrzeźwiał. Przez chwilę zastygł w bezruchu, a potem zaczął gorączkowo rozpinać piżamę.
-Mów! – rzucił w stronę kominka, rozglądając się za w miarę czystą koszulą.
- No, w sumie to wiem tylko tyle, że Brzytwa mi kazał tak powiedzieć, jakbyś nie chciał mnie słuchać i posłał na drzewo. To ma jakiś związek z jednym gościem, którego on zawinął w nocy, ale mi nie chciał powiedzieć...
- Gdzie on teraz jest, Malina? – spytał Harry – i odwróć się, gacie muszę założyć.
- Niby jak mam się odwrócić? - spytała bezczelnie głowa dziewczyny w kominku, ale Harry przywykł już do tej jej bezczelności. Malina była znakomitym aurorem, i tylko to się liczyło.
- Gdzie on jest? - powtórzył Harry pytanie.
- No, przymknęliśmy go na razie w biurze, ale...
- Brzytwa gdzie jest!!! – ryknął Harry dopinając pasek do spodni.
- Na dworcu Kings... - zaczęła mówić głowa, lecz Harry machnął różdżką i przerwał połączenie.
W drzwiach salonu stała Giny.
- Masz urlop. Dzisiaj Albus jedzie pierwszy raz do szkoły. A ty masz urlop. Sam go sobie udzieliłeś. Dlaczego więc się ubierasz o piątej rano?
Harry zawahał się o ułamek sekundy za długo.
- A wiesz, mają jakiś mały kłopot, i tak nie mogę spać, obrobię się w pół godziny i wrócę na śniadanie.
Ginny zmrużyła oczy.
- Nie łżyj, Potter, bo nie umiesz. Nie zawracaliby szefowi głowy błahostką. Co się dzieje?
Objął ją i poczuł zapach jej ulubionego mydła.
- Nie chcesz, żebym kłamał, to nie pytaj. Jest mała afera z biurze, muszę to ugasić, i tyle. Na pewno zdążę na dworzec, obiecuję ci.
Ginny przez chwile patrzyła na niego bez słowa, a potem poprawiła mu zadarty kołnierzyk koszuli, i bez słowa wróciła do sypialni.
Harry westchnął i ruszył do drzwi, zabierając po drodze kawałek biszkopta z tacy na stoliku.
2.
Brzytwa doskonale wtopił się w peron 9 na Dworcu King’s Cross. Siedział na ławce z mugolską walizką, w mugolskim ubraniu, i czytał mugolską gazetę. Wyglądał na bardzo znudzonego, ale Harry od razu poznał, że auror jest maksymalnie skupiony. Sam go szkolił, umiał rozpoznać te drobne sygnały gotowości do walki w każdej chwili. Brzytwa nawet nie drgnął gdy Harry usiadł koło niego.
- W nocy dostałem cynk od informatora, – zaczął bez żadnych wstępów udając, że nadal czyta gazetę. - że ktoś dziwny się kręci koło Kotła. Ewidentny mugol, ale jakby wiedział o przejściu. Zaglądał, podchodził, wracał, typowy amator. Ruch był mały, prawie żaden, więc nie mógł się wkręcić na tłok. Coś mnie tknęło, i przykleiłem się do gościa. Potem Przyjechał tutaj- wskazał na barierkę, przez którą prowadziło magiczne przejście na peron 9 i ¾ - i kilka razy próbował przeleźć. Sam, potem z wózkiem, jak jakiś idiota się od niej odbijał. W końcu postanowiłem go zawinąć, żeby nie spalił przejścia.
- No dobra, ale dlaczego „zebra”?
Kiedy Harry został szefem Biura Aurorów, ustalił ze swoim podwładnymi kilka kodów rożnych zagrożeń. Pomarańczowy to użycie Avada Kedavra, żółty zamieszki, biały to atak Neośmierciożerców, a czarny „na razie nie wiem o co chodzi, ale potrzebuję wsparcia” itp. Tylko jednak jego nieformalny zastępca, Derek „Brzytwa” Krugg, znał kod „zebra” – atak na rodzinę aurora. I po raz pierwszy go użył.
- Bo jak go zapytałem, co wyczynia, odparł beztrosko, że musi zabić Ciebie.
- To wyczyść mu pamięć i po krzyku. - Harry wzruszył ramionami. Przeżył już kilka zamachów, zwykle nieudolnych, i zwykle urządzanych przez krewnych tych, których wsadził do Azkabanu.
Brzytwa spojrzał na niego zezem.
- Szefie, to mugol. Nie powinien nawet wiedzieć o Twoim istnieniu.
Do Harry’ego zaczęło wreszcie docierać.
-Mów, Brzytwa. Nie mam czasu, bo dzisiaj...
- No i o to chodzi – przerwał mu Brzytwa- On twierdzi, że musi zabić Ciebie, Ginny, Weasleya i Hermionę właśnie dzisiaj.
Harry już chciał coś powiedzieć, ale Brzytwa spuścił oczy i szepnął.
- I wszystkie wasze dzieci.
3.
Mężczyzna siedzący przed Harrym nie wyróżniał się niczym. Ot, zwykły mugol w średnim wieku, ubrany w wytartą motocyklową kurtkę i podniszczone dżinsy. Nie rozglądał się, nie krzyczał, nic go nie dziwiło. Ani to, że w jego obecności Brzytwa przy pomocy czarów zaparzył kawy, ani to, że Harry deportował się tuż przed jego nosem, ani nawet to, że on sam lewituje trzy stopy nad ziemią nie mogąc nawet ruszyć ręką czy nogą. Gdy Brzytwa i Malina na żądanie Harry’ego wyszli z biura nie odezwał się, patrzył tylko przenikliwie prosto w oczy Harry’emu. Tak samo patrzył, gdy siedział już na krześle przy stole, z rękami leżącymi spokojnie na blacie.
- Jak się nazywasz? – spytał w końcu Harry, który nie wiedział, jak rozmawiać z tym człowiekiem, któremu najchętniej od razu spuściłby zwykły łomot, bez użycia żadnych czarów.
- To nie ma znaczenia. – odpowiedział mugol spokojnie.
- A co ma?
- Nie możesz się spóźnić na dworzec, Harry Potterze. To ma.
- A co tam jest? - spytał Harry starając się zachować spokój. - Twoi kumple? Mugolska bomba? Wirusy smoczej ospy rozpylone w powietrzu?
Mugol uśmiechnął się. To nie był zły uśmiech szaleńca, ale zwykły, taki zaraźliwy.
- Nic z tych rzeczy. Mogę dostać kawy?
Harry jednym machnięciem różdżki wyszarpnął spod niego krzesłu, drugim wyczarował więzy które szczelnie oplotły mężczyznę i przycisnęły go do ściany.
- Ty sukinsynu! – syknął ledwie otwierając usta. - Chcesz zabić moje dzieci, a ja mam ci robić kawy!?
Mugol skrzywił się z bólu, gdy Harry wbił mu różdżkę w policzek.
- Bez... cukru... poproszę – wychrypiał.
Harry’emu opadły ręce z bezsilności. Odsunął się, a mugol opadł na brudną podłogę. Westchnął i machnięciem różdżki zdjął z niego więzy. Mężczyzna wstał, rozmasował nadgarstki i usiadł znowu na krześle przy stole. Nadal się uśmiechał. Harry postawił przed nim kubek zimnej kawy.
- Ten dziwny akcent... Jesteś Bułgarem?
- Nie, Polakiem. Słyszałeś kiedyś o takim kraju, o Polsce?
- Nie jestem kretynem, oczywiście, że słyszałem. - żachnął się Harry. - Gobliny z Grodziska…. I ten, Wroński, też był Polakiem i... - widać było, że intensywnie próbuje sobie przypomnieć wszystko, co wie o Polsce, ale właśnie wyczerpał zasób tych wiadomości.
- Brawo, jak na kogoś kto twierdził, że księżyce Jowisza pokryte są miodem, to i tak dużo.
Harry przez chwilę patrzył się na niego w osłupieniu, aż sobie przypomniał.
- Skąd to wiesz ? – warknął. – Dlaczego nic cię nie dziwi? Dlaczego się nie boisz? Kim ty jesteś, sukinsynu?
- Nieco to skomplikowane. - uśmiechnął się mugol siorbiąc kawę. - Najważniejsze jest jednak, - rzekł zerkając na zegar wiszący na ścianie biura - żebyś się nie spóźnił na dzisiaj na dworzec.
Harry zacisnął z wściekłości pięści pod stołem.
- Nie chcesz, mówić, twoja sprawa, mamy sposoby... - zaczął, ale mugol przerwał mu spokojnie.
- Ależ chcę, bardzo chcę. Dzisiaj jest przecież szczególny dzień.
- Dlaczego szczególny?
- Bo dzisiaj jest dziewiętnaście lat później.
Harry nie zrozumiał.
-Że co jest?
Mugol rozparł się wygodniej w krześle.
- Widzisz, nigdy o mnie nie słyszałeś, ale ja znam cię od wielu lat...
4.
- To dlaczego, na gacie Merlina powiedziałeś, że chcesz nas zabić? Mnie, Ginny, nasze dzieci?
- A co miałem powiedzieć? No, mogłem coś innego, fakt, ale to pierwsza bzdura która przyszła mi do głowy, i dawała szansę, że ten twój ponury koleś potraktuje mnie na tyle poważnie, że dostanę się tutaj.
- Powinienem cię za to zabić albo zmienić w szczotkę do butów. - westchnął Harry.- Napędziłeś mi stracha tą bzdurą.
- Wiesz, to nie jest taka znowu bzdura. - mugol spoważniał. - Wielu z nas miało taki pomysł. Wielu, którzy was zna, uważa, że na tym dworcu to wszystko powinno się skończyć, że tam powinni was widzieć po raz ostatni. Że gdy odjedzie pociąg…no w każdym razie, tam się to powinno skończyć.
Harry milczał długo.
- Ty też?
Mugol milczał jeszcze dłużej.
- Kiedyś, dawno, owszem, miałem takie myśli. Tyle, że nie chciałem nikogo mordować, szukałem innego sposobu.
-Znalazłeś?
-Nie.
5.
Kiedy pociąg wjechał za zakręt i zniknęły ostatnie wagony, peron 9 i ¾ zaczął pustoszeć.
- No dobra, to teraz mamy jeden jedyny dzień dla siebie, - wypalił wesoło Ron - dzieciaki sprzedane...
- A ja? - spytał Hugo, jego najmłodsze dziecko, który tak jak córka Harry’ego Lily nie odjechał do szkoły pociągiem.
- Ty nie jesteś dzieckiem, ale przetransmutowanym niuachaczem, którego... – zaczął Ron poważnie, ale Hugo pokazał mu język i zajął się rozpakowywaniem balonówki Drooblego. Znał ten tekst swojego ojca od lat, zmieniały się w nim tylko zwierzęta.
- Dobra, nie ma co tu stać. – zakomenderowała Hermiona. - Idziemy do Kotła, tam coś zjemy, a potem zastanowimy się, jak spędzić resztę dnia.
Pokornie ruszyli za nią w kierunku wyjścia. Po kolei znikali, gdy przechodzili przez metalową barierkę oddzielającą perony 9 i ¾ od 9. Harry, który szedł ostatni, zatrzymał się przed nią. W malejącym tłumie czarodziejów zobaczył na samym końcu nijakiego faceta w motocyklowej kurtce, który uśmiechał się pogodnie, w przeciwieństwie do maksymalnie skupionego Brzytwy, który stał tuż za nim, z ręką w kieszeni płaszcza, w której zawsze miał swoją różdżkę. Zwykle zresztą dwie, tak na wszelki wypadek. Harry prawie niezauważalnie kiwnął mugolowi głową, a potem przeszedł przez barierkę.
19 godzin później
Wszyscy już dawno spali. Po szaleńczym wieczorze, podczas którego bawili się jak w czasach szkolnych, Hermiona i Ginny zabarykadowały się w sypialni odmawiając dalszego próbowania nalewek z mandragory produkowanych przez Rona. Zaś sam Ron zasnął w gabinecie Harry’ego, na dywaniku z wzorkiem w hipogryfy...
Harry siedział przed kominkiem. Gdy błysnęło w nim zielone światło, nie zdziwił się.
- Jak poszło? - spytał.
Rozmazana twarz Brzytwy jak zwykle nie wyrażała żadnych emocji.
- Bez problemów. Tak jak chciałeś, pokazałem mu kilka miejsc. No wiesz: Pokątna, Kocioł, przejechał się Błędnym Rycerzem i takie tam. Sympatyczny gość w sumie, szkoda że... - Brzytwa po raz pierwszy jakby się zawahał.
- Pamięć mu wyczyściłeś?
- Słuchaj Harry, po co on to wszystko zrobił? Po co ta afera? I to właśnie dzisiaj? Spytałem go, ale odpowiedział, że tylko Ty mi to możesz wyjaśnić. Skąd on w ogóle o nas wiedział? No i skąd tyle wiedział, jak mu się udało...
- Pamięć mu wyczyściłeś? – powtórzył Harry z naciskiem.
Brzytwa niechętnie kiwnął głową. Harry przeciągnął się w fotelu. Nie chciało mu się spać, a i tak przecież kiedyś będzie musiał wszystko wytłumaczyć swojemu zastępcy.
- Nieco to skomplikowane. – zaczął i uśmiechnął się, gdy przypomniał sobie wielkie ciało niebieskie pokryte miodem.
KONIEC
Caairo11
|