|
ŚMIEĆ
1.
- Tu czytaj, - Brzytwa pokazał niezbyt czystym paluchem odpowiedni akapit. - od „dopiero”.
- „Dopiero wtedy Potterowie zrozumieli, kto tak naprawdę jest ich wrogiem i jaki był cel stworzenia fałszywej przepowiedni, wygłoszonej przez nauczycielkę zielarstwa. Samotni, porzucenie przez wszystkich, których uważali za przyjaciół, postanowili poprosić o pomoc Czarnego Pana. Gdy tylko dowiedział się o ich sytuacji, natychmiast do nich wyruszył. Niestety, wpadł w zasadzkę urządzoną przez doborowy oddział ponad 30 aurorów, którzy zaatakowali go bez ostrzeżenia, gdy tylko przekroczył próg parterowego domu Potterów w Dolinie Godryka. Wielka była moc Czarnego Pana, ale gdy tylko zaczęły padać ze wszystkich stron zaklęcia, nie dbał o siebie, ale starał się chronić Potterów i ich półroczne dziecko, dlatego...”
Harry Potter rzucił broszurę na stół.
- Co to za stek bzdur? Skąd to w ogóle masz? To była nauczycielka wróżbiarstwa, a nie zielarstwa, dom był piętrowy, całe Biuro Aurorów liczyło wtedy ok. 15 osób, a poza tym gdyby… eee, szkoda gadać. Skąd masz ten szajs?
Brzytwa wzruszył ramionami.
- Kupiłem, za pół galeona. Na zebraniu Neośmierciożerców wczoraj.
Harry westchnął. Czytał już wiele bzdur na swój temat, pojawiały się w różnego rodzajach broszurach i pisemkach od dawna, zwłaszcza przed Rocznicą.
Siedzieli w malutkim salonie Potterów sącząc skąpo wydzielaną im przez Ginny Ognistą Whisky Ogdena.
Brzytwa przyszedł 2 godziny wcześniej, jak zwykle bez zapowiedzi. Wlazł prosto do kuchni i oświadczył, że przyszedł na kolację, ma ochotę na coś orientalnego, i żeby Ginny nie przesadziła z curry, jak ostatnio.
- No dobra, przyznaję, takiej bzdury jeszcze nie czytałem. Po co mi to pokazujesz? I to akurat dzisiaj?
- Żebyś mi zwrócił pół galeona ze służbowych - poważnie rzekł Brzytwa – oraz abym miał jakiś pretekst, żeby się wkręcić na kolację.
- Jakbyś kiedyś potrzebował preeeetekstu… - ziewnęła Ginny wstając z kanapy - Idę spać, jak skończycie tę konspirę, to niech Harry nie zapomni wyprowadzić kuguchary, cały dzień mi miauczą, że chcą na spacer i zapolować.
- Jaką konspirę? - Brzytwa nawet nieźle udawał oburzonego.
- Brzytwa, ja się wychowałam z kilkoma braćmi o nazwisku Weasley, więc na milę wyczuwam, jak ktoś ściemnia, daruj sobie. – Ginny znowu ziewnęła, pocałowała Harry’ego w policzek i wyszła z salonu, zabierając ze sobą butelkę whisky.
- Dobra, to teraz mów, co jest? – mruknął Harry, gdy tylko zamknęły się za nią drzwi wyciągając zza książek w biblioteczce kolejną butelkę whisky - Bo przecież nie chodzi o tego śmiecia. - wskazał na leżącą nadal na stole broszurę.
- Jest Malachiasz w Londynie.
Harry zastygł na chwilę ważąc w myślach słowa przyjaciela.
- Wiesz ile?
- Nie, - powiedział Brzytwa mrużąc oczy - ale tym razem będę wiedział.
2.
Malachiasz był czarodziejem, na którego Biuro Aurorów polowało już od kilku lat. Nigdy nie dał się nie tylko złapać, ale nawet zobaczyć - nie było nawet pewne, czy to mężczyzna czy kobieta. Pojawiał się co jakiś czas w Londynie, nie kryjąc tego, a jego przyjazd zawsze oznaczał to samo- możliwość kupienia jakiegoś wyjątkowo cennego artefaktu, zwykle czarnomagicznego i niebezpiecznego. Malachiasz sam wybierał kupca, któremu zaproponuje sprzedaż, i sam, z jednym tylko pomocnikiem, przeprowadzał transakcję, po czym znikał na długie miesiące. Aurorzy jeszcze nigdy nie namierzyli żadnej transakcji na tyle szybko, aby zdążyć jej zapobiec, udało im się jedynie dowiedzieć dwa razy, jakie były ceny. Najwyższa wynosiła 190.000 tysięcy galeonów, tyle ktoś zapłacił za jakiś przedmiot prawdopodobnie należący do Lorda Voldemorta. Ale nawet nie udało im się ustalić, kto to kupił, i co to było.
3.
Harry z rozdrażnieniem przeglądał wycinki i broszury, które zgromadziła Malina, dziewczyna wyglądająca na zakompleksionego mola książkowego lub pracownicę sklepu papierniczego. W rzeczywistości była znakomitym aurorem - z duszą mola książkowego.
- Czemu oni wszyscy w ogóle tym się zajmują? – Harry wziął do ręki wycinek z jakiegoś kolorowego magazynu- Po co im to ciągłe wywlekanie przeszłości?
- No wiesz, to było ważne dla wszystkich czarodziejów, ten atak...
- To nie był żaden atak!- wrzasnął Harry przewracając kubek z kawą- To było zwykłe morderstwo! Nie dał im żadnych szans, nie było żadnej walki! Ile razy mam to powtarzać!
- Skąd wiesz?
- Bo... - Harry przerwał nagle. Oprócz Hermiony, Rona i Dumbedore’a nikt nie wiedział, że kiedyś widział to wszystko oczami Voldemorta, gdy w domu Bathildy Bagshot zaatakował go jego wąż, Nagini. Nie zamierzał jeszcze komuś o tym mówić.
- Bo wiem. - powiedział już spokojnie.
Malina patrzyła na niego beznamiętnie. Wszyscy wiedzieli, że Rocznica z niewiadomych powodów była jedynym tematem, który wyprowadzał Szefa Biura Aurorów z równowagi.
Harry klapnął na krzesło i westchnął.
- Co tam mamy w tym roku? – zapytał zrezygnowany.
Czytał już wiele bzdur na swój temat, pojawiały się w różnego rodzajach broszurach i pisemkach od dawna, zwłaszcza przed Rocznicą. Zwykle takie opracowania zajmowały się znaczeniem wydarzeń z Doliny Godryka dla czarodziejskiego świata, nadzieją jaką dała śmierć rodziców Harry’ego czarodziejom ciemiężonym przez Voldemorta i podobnymi ogranymi tematami. Od czasu do czasu pojawiały się jednak pisma czy wręcz ulotki, negujące wiele z uznanych faktów. W jednym z nich Harry wyczytał rok temu, że został zabity przez Voldemorta, a Hagrid, który zobaczył jako pierwszy jego zwłoki, podmienił je na jakieś inne czarodziejskie dziecko, co zajęło mu prawie całą dobę, z której dość mętnie się rozliczał. Pewien domorosły historyk wygłosił odczyt podczas którego stwierdził, że rodziców Harry’ego w ogóle nie było w domu , gdy wszedł do niego Voldemort, gdyż zostawili beztrosko niemowlę i udali się na herbatkę do Bathildy Bagshot, a po ataku wyjechali z kraju i obecnie prowadzą lodziarnię gdzieś w Polsce.
Nikt jednak jeszcze nie próbował aż tak zmieniać faktów, jak w tej broszurce, którą przyniósł ze sobą Brzytwa.
- Niedługo się dowiem, że ani ja, ani Dolina Godryka, w ogóle nie istnieliśmy... - mruknął Harry.
- Nie przesadzaj - prychnęła Malina - Ty w ogóle nie przyjmujesz do wiadomości, że ten… to wydarzenie dotyczyło nie tylko ciebie, ale wszystkich czarodziejów, dało im siłę, odwagę...
- Odwagę? Malina, jak ich widziałem 10 lat później - Harry znowu się zerwał za krzesła - trzęśli nadal portkami na samo jego wspomnienie, bali się nawet wymawiać jego imię! Ty tego nie pamiętasz, ale mówili Sam-wiesz-kto, bo...
- Pamiętam, tak mówił mój ojciec. - Malina wstała i podeszła do stolika, na którym stał służbowy czajnik, odwracając się do Harry’ego plecami - Śmierciożercy rozwalili go w dziewięćdziesiątym szóstym, razem z całym domem zresztą.
Harry zastygł w bezruchu.
- Słuchaj, przepraszam, nie wiedziałem...
Zanim Malina zdążyła odpowiedzieć, otworzyły się drzwi Biura i wszedł przez nie Brzytwa. Podszedł bez słowa do swojego biurka, ciężko zwalił się na fotel i zarzucił na nie nogi, ziewając. Wyglądał na totalnie znudzonego, co oznaczało że ma jakieś ważne informacje.
- No i? – Harry podszedł do burka i wyciągnął spod ubłoconych butów Brzytwy akta jakiegoś opryszka.
- Kawy bym się naaaapił – ziewnął Brzytwa.
- To sobie zrób. – warknęła Malina. - No i?
- No i znam cenę, - Brzytwa wykrzywił usta w coś w rodzaju uśmiechu – i datę. Ale kawy bym się napił.
4.
Gdy zamknęły się drzwi postać starego czarodzieja na portrecie przymknęła oczy. Siedział w swoim fotelu, a okulary połówki opadły mu na sam koniec nosa. Nie słychać było kroków na korytarzu za drzwiami, ale wiedział, że Hagrid gdy chce, umie poruszać się bezszelestnie. A gdy jest zmartwiony, robi to odruchowo. Czarodziej na portrecie nie dziwił mu się - on też był zmartwiony.
5.
- Ile??
Brzytwa siorbnął kawę, którą po wielu fochach zrobiła mu jednak Malina.
- Milion – powtórzył - co do knuta. I to pojutrze.
Harry nerwowo stukał różdżką o blat biurka, co a za każdym stuknięciem biurko zmieniało kolor.
- Jesteś pewien? Może cię podpuścili? Od kogo to wiesz?
Brzytwa spojrzał mu beznamiętnie w oczy. Jeszce nigdy nie ujawnił nikomu żadnego swojego informatora, i tylko dlatego miał najlepiej funkcjonującą siatkę kapusiów w całym przestępczym półświatku. Harry liczył tylko na to, że wyrwie mu się jakieś nazwisko lub pseudonim. Ale nigdy jeszcze się nie wyrwało.
Malina wpatrywała się w czarodziejską mapę Londynu, która sygnalizował wszelkie nielegalne użycia czarów na terenie metropolii. Mapa od kilku dni nie pokazywała żadnych takich wypadków, co było bardzo dziwne. Jakby wszyscy bandyci i szaleńcy nagle się przyczaili.
- Co może kosztować milion galeonów? Ja nawet nie umiem sobie wyobrazić takiej sumy. Jest ktoś, kogo na to stać? - spytała cicho, jakby sama siebie.
- Są tacy, inaczej Malachiasz nie zawracałby sobie głowy. – powiedział Harry. - Tyle, że nikt mi nie przychodzi do głowy w tym wypadku, nie ten poziom cenowy. Sto, no dwieście tysięcy, to tak, ale milion? A wam?
Brzytwa i Malina pokręcili tylko głowami.
6.
- Dlaczego on myśli, że to mnie w ogóle zainteresuje?
- Jest pan kolekcjonerem, i to takim z najwyższej półki, a poza tym pana przeszłość...
- Przeszłość ma to do siebie, że już minęła. - przerwał ostro mężczyzna o jasnych, niemal białych włosach. - On to wie, a mimo to cię wysłał. Dlaczego?
- Ma pan wielkie pieniądze.
Jasnowłosy prychnął lekceważąco.
- To nie jest odpowiedź. Dlaczego miałbym w ogóle w tym wziąć udział?
Siedzący przed nim mężczyzna splótł dłonie, które trzymał biurku, cicho stuknął o blat zaśniedziały sygnet z ledwie widoczną stylizowaną literą „K”, który miał na palcu.
- Jestem tylko posłańcem, panie Malfoy. Jutro mija termin zgłoszenia, muszę mu przekazać pańską odpowiedź. Wchodzi pan w to czy nie? - powiedział spokojnie, obracając na palcu sygnet.
Jasnowłosy patrzył bez zmrużenia powiek w ogień buzujący w kominku.
- Wiesz, co jest problemem ludzi posiadających wielkie pieniądze?
- Nie.
- Tacy ludzie jak ty.
7.
Przez dwa dni nękali swoją obecnością i pytaniami o Malachiasza wszystkich znanych im handlarzy nielegalnymi eliksirami i zaklęciami oraz paserów. Robili naloty na dziuple z kradzionymi miotłami i nielegalne totalizatory walk kugucharów. Wszędzie ich było pełno, byli też coraz bardziej bezradni, nikt nie wiedział, komu Malachiasz zaproponował kupno, a przede wszystkim – czego. Wyładowywali swoja frustrację na drobnych i dużych przestępcach. Wszyscy z którymi zetknęli się Harry, Brzytwa i Malina widzieli, że aurorzy po raz kolejni są bezradni i wściekli.
I dokładnie tak to miało wyglądać.
8.
Można namierzyć ślad teleportacji natychmiast po jej aktywowaniu, jeśli się zna odpowiednie zaklęcia. To wie każdy. Można to zrobić dwukrotnie i skoczyć natychmiast po drugiej teleportacji za ściganym, jeśli się zna pewne bardzo tajne zaklęcie, ale to wie tylko kilku aurorów na świecie. O tym, że wszystkie zaklęcia śledzące można oszukać, wprowadzając aurorów w błąd, wiedział tylko Malachiasz. Za tę wiedzę oddał sporą część swojego ogromnego majątku, ale dzięki niej pozostawał dotąd nieuchwytny.
Obserwując aurorów, rzucających na wszystkie strony zaklęcia śledzące i po kolei teleportujących się, poczuł lekki zawód. Myślał, że tym razem wreszcie wymyślą coś, co sprawi mu trochę trudności, podniesie poziom adrenaliny i rozwieje nudę. Niestety, znowu zadziałali sztampowo, próbując namierzyć jego sygnaturę teleportacyjną. Pozwolił im na to, a potem jak zwykle zniknął, gdy już byli blisko, zostawiając im śledzenie fałszywych tropów deportacyjnych, które po nim zostały.
Malachiasz westchnął i ruszył przed siebie powoli deszczową ulicą.
9.
- Przytyłeś.
- A ty zaczynasz łysieć.
To pierwsze słowa, jakie wypowiedzieli do siebie od chwili, gdy usiedli na ławce w mugolskim parku na obrzeżach Londynu, i od wielu lat. Czekali, aż Brzytwa sprawdzi, czy nie ma możliwości podsłuchania ich rozmowy. Gdy auror w końcu pojawił się i usiadł dwie ławki dalej, z mugolską gazetą w ręku, wiedzieli, że jest bezpiecznie.
Harry nie wiedział, jak zacząć tę rozmowę. Układał w myślach pierwsze zdania, ale wszystkie wychodziły kanciasto.
- Słuchaj, Draco. Muszę ci podziękować, że...
Draco Malfoy prychnął cicho.
- Daruj sobie, Potter. Nie zrobiłem tego dla ciebie. Przejdźmy do konkretów, zanim ten twój pomagier nas spali – sięgnął do kieszeni i podał Harry’emu zaśniedziały sygnet – niezła sztuczka, oddaj mu.
Harry zerknął na Brzytwę, który nerwowo zaczął się przyglądać idącej alejką młodej kobiecie z wózkiem dziecięcym.
W końcu zdobył się na pytanie.
- Masz to?
Draco milczał przez chwilę, zanim włożył rękę do kieszeni wytwornego płaszcza.
- Tak. Tylko nie wiem, czy ty chciałbyś choćby wiedzieć, co to jest. Dla mnie to śmieć, no ale dla ciebie...
Harry szarpnął głową.
- Dałeś milion galeonów za śmiecia? Nie wierzę.
Draco Malfoy udał, że tłumi ziewanie.
- Nie obchodzi mnie w co wierzysz, Potter. Nie masz pojęcia o dużych pieniądzach, dlatego nie rozumiesz, że to, co słyszysz, co masz usłyszeć, kształtują takie rzezimieszki jak Malachiasz. Dlatego ciągle z nimi przegrywasz, ty i całe to twoje Biuro Aurorów.
- Nie wiem, o czym bredzisz, Draco, ale jakoś zwrócimy ci te pieniądze. Ministerstwo...
- Potter, czy ty naprawdę na starość zidiociałeś? Czy myślisz, że wydałbym knuta opierając się na nadziei, iż mi go zwrócisz? Wiesz, gdzie mam twoje pieniądze?
- A ty wiesz gdzie ja mam twoje nadzieje. - warknął Harry zrywając się z ławki.- Nie jestem tutaj, żeby wysłuchiwać przechwałek jakiegoś palanta...
- Odezwał się wybraniec!
- Chyba dawno nikt ci nie przylutował prosto w ryja!
- Uważaj, już się boję! Kto ci różdżkę rozbuja, ty...
Brzytwa wstał z ławki i wymownie spojrzał w niebo. Dopiero teraz zorientowali się, że wrzeszczą na siebie jak szczeniaki, ściągając uwagę nielicznych mugoli spacerujących alejkami.
Przez chwilę stali bez ruchu naprzeciwko siebie, obaj z rękami w kieszeniach, w których mieli różdżki.
Draco usiadł pierwszy. Uśmiechnął się smutno.
- Jak w szkole, nie? Wiesz, trochę lepiej się poczułem.
- Ja też. – Harry też zdobył się na smutny uśmiech. - Ja też.
Draco Malfoy sięgnął do kieszeni, wyjął z niej malutkie pudełko z czarnego drewna.
- Masz, – podał jej Harry’emu. - jest twoje. Ja tego nie chcę, nawet nie zajrzałem do środka.
Harry przez chwilę patrzył na pudełko, które trzymał już w reku. Coś go powstrzymywało przed otworzeniem go.
- Co jest w środku, Draco? Co może kosztować milion galeonów, Kamień Filozoficzny?
- Nie. Coś o wiele bardziej groźnego. Wspomnienie.
Harry’ego zatkało.
-Wspomnienie? Czyje ? O czym?
Draco spojrzał mu w oczy, przez chwilę milczał, a potem wstał.
- Twoje, Potter.
Kiedy kilka minut potem odchodził piaszczystą alejką, Harry siedział bez ruchu na odrapanej ławce. Obracając w ręku pudełko z czarnego drewna dopiero teraz zaczynał rozumieć.
10.
Na ścianie gabinetu dyrektora Hogwartu wisiało kilkadziesiąt portretów czarodziejów, którzy pełnili tę funkcję. Teraz wszystkie były puste, wszyscy poprzedni dyrektorzy opuścili swoje ramy. Pozostał tylko jeden, który trzymał w ręku okulary połówki.
- Gdzie oni wszyscy są, panie profesorze? - zapytał Harry, gdy tylko wszedł do gabinetu. - Gdzie się podziali?
- Och, poprosiłem ich, aby pozwolili nam porozmawiać na osobności i uprzejmie się na to zgodzili.
Harry wyjął z kieszeni pudełko i otworzył je. W środku była mała fiolka z przezroczystym, mieniącym się płynem przypominającym mgłę.
- Wie pan, co to jest, prawda?
Albus Dumbledore westchnał.
- Wiem, Harry. Wiedziałem też, że do mnie niedługo przyjdziesz. Jednak po raz pierwszy nie cieszyłem się na spotkanie z tobą.
- Dlaczego?
- Przecież wiesz.
Harry pokiwał głową. Nie pierwszy raz widział tą zatroskaną minę swojego dawnego nauczyciela, która zawsze zwiastowała kłopoty lub rozczarowania.
- Draco twierdzi, że w fiolce jest moje wspomnienie. Moje. Z tamtego dnia, gdy Voldemort zamordował moich rodziców. Z tamtej nocy.
Dumbledore milczał, przecierać swoje okulary o skraj szaty. W końcu westchnął.
- To prawda, Harry.
- Jak to możliwe. Ja niczego prawie nie pamiętam, właściwie niczego. Skąd pan to ma?
Portret Dumbledore’a wstał, ale nie mogąc spacerować w ciasnych ramach portretu, stanął tylko za fotelem.
- Widzisz, Harry, gdy się narodziłeś wiedziałem, że odegrasz wielką rolę. Wiedziałem to z przepowiedni naszej uroczej nauczycielki wróżbiarstwa. Gdy Voldemort zabił twoich rodziców, a ty przeżyłeś. Wiedziałem, że to dopiero początek walki z nim. Ofiara twojej matki...
- Niech pan sobie daruje te frazesy, dyrektorze - przerwał mu ostro Harry. - pełno ich w różnych gazetach, nawet „Czarownica” o tym pisze, pomiędzy poradami dla hodowców mandragor, a działem ogłoszeń. Chcę konkretów.
- To nie frazesy, Harry. Kiedyś to zrozumiesz. Konkrety? No dobrze. Co chcesz wiedzieć?
- Jak pan to dostał? – Harry wskazał na fiolkę. - Kiedy, i jak to w ogóle możliwe? Nie można dostać wspomnienia, jeżeli właściciel się na to nie zgodzi, inaczej nie byłoby przecież tej szopki ze Slughornem kiedyś. Więc jak?
Dumbledore uśmiechnął się.
- Jeżeli się nie zgadza, owszem. Ale ty, tamtej nocy, nie sprzeciwiałeś się mi, byłeś przecież rocznym dzieckiem, które...
Harry szarpnął głową, jakby ktoś go uderzył.
- Wiec po prostu wyjął mi je pan z głowy, jakby iskał wszy, tak?
- To złe porównanie, ale tak, tak to wyglądało. Widzisz, kiedy Hagrid zabrał cię z Doliny Godryka, przyleciał tym motocyklem Syriusza tutaj, prosto do mnie, do szkoły. Przez całą noc myślałem o tym, co się zdarzyło, ale bardziej o tym, co się jeszcze zdarzy. Jak zapewnić ci ochronę? Jak sprawić, żebyś przeżył? A przede wszystkim jak przygotować się na spotkanie z Voldemortem, bo że powróci, było dla mnie pewne. Potrzebowałem wiedzy, każdego strzępka informacji, który dałby mi nad nim przewagę. A te informacje były w twojej głowie, Harry.
- Jakie?
- O ostatnich chwilach Voldemorta. Nie, nie twojej matki i ojca, ale jego. Musiałem wiedzieć, dlaczego przeżyłeś, a on stracił moc. Musiałem zobaczyć, jak to wyglądało, w detalach. I zobaczyłem, twoimi oczami. Nie proszę cię o wybaczenie, ale...
Harry wstał z krzesła, i podszedł do ściany, na której wisiał portret Dumbledore’a.
- Niech pan już nic nie mówi, panie dyrektorze, proszę.
Milczał chwilę.
- Malachiasz. Jak on to dostał?
- Ukradł. Wiele lat temu, ale wtedy nie wiedział jeszcze, co ma ręku. To długa historia zaniedbań moich następców, Harry, i wolałbym jej ci nie opowiadać.
- To już nie ma znaczenia. - zgodził się Harry. Obracał w ręku fiolkę.
- Co tam zobaczę?
Dumbledore westchnął.
- Te kilka ostatnich minut. Ale to straszny widok, Harry, i zupełnie... nowy.
Bezszelestnie otworzyła się jedna z szafek stojących przy ścianie i przez gabinet popłynęła w powietrzu błyszcząca, płytka misa, która zawisła nieruchomo nad biurkiem. Harry patrzył długo na idealnie równą powierzchnię myślodsiewni, obracając w dłoni małą fiolkę.
Malutka buteleczka w dłoni Harry’ego stawała się coraz cieplejsza, jakby uwięzione w niej wspomnienie domagało się, aby je obejrzał. Poczuł, że zatykający ją korek zaczyna się powolutku wysuwać. Nie myślał o tym, co w niej zobaczy, ale o tym, co już kiedyś widział w swojej głowie.
- Draco rzeczywiście kupił śmiecia. – powiedział Harry spokojnie. - Najdroższego śmiecia od chwili wynalezienia galeonów.
Gdy tylko skończył mówić myślodsiewnia płynnie przeleciała przez gabinet, prosto na podest w szafce, która sama się zamknęła. Harry kiwnął tylko głową portretowi Dumbledore’a i ruszył do drzwi.
- Nic mi nie powiesz, Harry, żadnych wyrzutów? Masz do nich prawo, znowu cię oszukałem, ja...
Harry odwrócił się już z ręką na klamce. Popatrzył w oczy swojego byłego nauczyciela, mentora i przyjaciela.
– Głupol, mazgaj, obsuw… śmieć. – powiedział spokojnie i uśmiechnął się.
Gdy wyszedł, podobizna największego w historii dyrektora Hogwartu miała łzy w oczach i wesoły uśmiech ulgi na twarzy.
11.
Malachiasz długo zapinał płaszcz w przedpokoju swojego małego domku na przedmieściach Leeds. Nie spieszyło mu się, wieczorny spacer był dla niego rytuałem, który lubił celebrować. Przed wyjściem rzucił jeszcze raz okiem na wykrywacz różdżek – wypchana sowa wisząca przy wejściu miała otwarte oczy, a to oznaczało, że w promieniu 2 mil od domu nie ma żadnego czarodzieja, i może bezpiecznie pospacerować pogrążonymi w mroku uliczkami.
Otworzył drzwi, ale nim zdążył zrobić krok przez próg, celnie wymierzony cios podbródkowy posłał go na podłogę. Ból w szczęce uświadomił mu, że jest złamana, a widok rozcierającego prawą pięść mężczyzny, że przegrał. Nie mógł tylko widzieć, że w miejscu w które trafiła pięść ledwie widoczny jest odcisk stylizowanej litery „K”.
Zamknął oczy, i leżał bez ruchu. Otworzył je, gdy usłyszał znajome pyknięcie towarzyszące teleportacji. Gdy je otworzył, zobaczył jak Harry Potter oddaje Brzytwie jego różdżkę.
- Chyba musimy porozmawiać, panie profesorze. - rzekł Harry spokojnym głosem, ale bez cienia uśmiechu.
KONIEC
Caairo11
|