|
Gazeta
Kiedy Kolportaż zakończył odczytywanie z pożółkłego pergaminu swoich comiesięcznych danych statystycznych, jak co miesiąc zapadła głucha cisza. Na twarzach osób zebranych przy stole w ciasnej kanciapie szumnie nazywanej Redakcyjnym Pokojem Narad malowała się głęboka zaduma, co - jak zwykle - świadczyło jedynie o tym, że niczego nie zrozumieli z setek liczb, porównań i podsumowań, w których lubował się pracownik redakcji odpowiedzialny za dystrybucję gazety, zwany przez wszystkich Kolportażem.
– A tak ogólnie, to sprzedaż nam spadła poniżej granicy kosztów papieru drukarskiego – westchnął Kolportaż od lat próbujący wpoić redaktorom podstawy czarodziejskiej ekonomii.
Zebrani przy stole odetchnęli. Bali się, że stało się coś naprawdę strasznego, jak na przykład konieczność przyjścia do pracy w dzień finałów ligi quidditcha albo wypowiedzenie umowy przez dostawcę kawy i soku dyniowego.
– To może niech Naczelna zrobi striptiz na okładkę... – bąknął nieśmiało Sportowy, odpowiedzialny za rubrykę Gry i Zabawy.
– Znowu ja? – skrzywiła się Naczelna. – Nic z tego, poprzednim razem się przeziębiłam i w ogóle to już nie przejdzie, no ile razy można.
Rzeczywiście, numery z roznegliżowaną Redaktor Naczelną na okładce sprzedawały się wprawdzie znacznie lepiej od tych, w których okładkę zajmowała podobizna np. Ministra Magii, jednak ostatnio dość często korzystaliśmy z tego taniego chwytu podnoszącego sprzedawalność. Za często.
– Wiem, wiem! Mam genialny pomysł, rozłożymy konkurencję na łopatki, no mówię wam to będzie bomba, dziennikarski majstersztyk, wystarczy że... – zaczęła Miłosna, czyli najmłodsza stażem i pełna jeszcze zapału redaktorka odpowiedzialna za dział porad sercowych. Nie zdążyła jednak dokończyć, bo dyskretnie rzucone przez Aktualnego zaklęcie Petrificus Totalus unieruchomiło ją w chwili, gdy próbowała wstać z krzesła. W efekcie Miłosna rymnęła pod stół, gdzie zastygła w dramatycznej pozie osoby spetryfikowanej w chwili wstawania od stołu. Aktualny ze złośliwym uśmiechem poprawił tylko mankiety swojej szaty – jego dział Aktualności najbardziej ucierpiał na ostatnim „genialnym” pomyśle Miłosnej, jakim było wprowadzenie podrubryki dotyczącej trolli i wiedźm. Od trzech miesięcy nie był w stanie opędzić się od wszelakiej maści bojowników o równouprawnienie, którzy zarzucali mu „podrubrykową” dyskryminację wiedźm i trolii, pomimo, że nigdy nic tak naprawdę o nich nie napisał, bo nikt nie wiedział co się aktualnie dzieje w świecie trolli i wiedźm.
– Dziękuję. – Naczelna z uśmiechem wyraziła uczucia wszystkich zebranych. – Tylko nie zapomnij jej potem odpetryfikować, żeby nie leżała tu dwa dni, jak po kolegium do lutowego numeru.
Aktualny skinął głową, a nogą wepchnął Miłosną głębiej pod stół.
– Znaczy, że co ? – wrzasnął aż zadźwięczały szklanki najstarszy członek redakcji, odpowiedzialny za dział historyczny czarodziej znany z najdłuższej na Wyspach brody (na co posiadał stosowny certyfikat), totalnej głuchoty i postępującej sklerozy (czego nie przyjmował do wiadomości). Zwykle nie rozumiał niczego z prowadzonych na Kolegium rozmów, a jego teksty o powstaniach goblinów były – jak twierdzili złośliwi – nie opracowaniami historycznymi, ale zapiskami z młodości.
– Znaczy,-że-gazeta-leży-i-coś-trzeba- zrobić! – wrzasnęła Naczelna w kierunku Historycznego, nie licząc jednak ani na to, że ją usłyszy, ani tym bardziej że zrozumie. Historyczny usiadł zadowolony, mamrocząc coś o tym, że Urg Utytłany wcale nie był kobietą.
Ziewnąłem dyskretnie, jeszcze dyskretniej próbując zajrzeć w dekolt naszej graficzki, o którym krążyły legendy, a w który nikomu niestety jak dotąd nie udało się zajrzeć. Odpowiedzialna za szatę graficzną pisma, bardzo młoda, bardzo ładna i bardzo małomówna dziewczyna, zwana powszechnie Ikoną, która właśnie skrobała na kawałku pergaminu karykaturę Historycznego robiącego striptiz, rzuciła jakiś czar na swoje sukienki, w efekcie czego zajrzeć w dekolt nie było można. A próbowało wielu, w zasadzie oprócz Historycznego wszyscy.
Przeżyłem już wiele takich zebrań, na których Naczelna na początku prorokowała katastrofę, zamknięcie gazety i sromotną ucieczkę wszystkich redaktorów przed goblińskimi dostawcami papieru i farby drukarskiej, a które jednak zawsze kończyły się jakimś pomysłem, który ratował gazetę.
– Ja, to znaczy... no to właściwie ja bym... no, ale skoro... – zaczął Długi i Szczęśliwy, czyli nasz redaktor odpowiedzialny za dział literacki. Miał niecałe 20 lat, tendencje do kończenia wszystkich swoich prac zdaniem „A potem żyli długo i szczęśliwie” i ogromne problemy z postępującą wręcz nieśmiałością. Gdy przez kolejną minutę nie wydusił z siebie słowa, czerwieniąc się tylko i blednąc na przemian, przycichłe rozmowy przy stole zostały wznowione i nikt już nie zwracał na niego uwagi.
– Ja bym mu zrobił te galoty w groszki – szepnąłem do Ikony, która właśnie szybkimi ruchami naszkicowała Historycznego próbującego się uwolnić z kalesonów modnych za czasów pierwszej kadencji Ulica Gampa.
– Nie.
Jak na nią, to się rozgadała. Zwykle w ogóle nikomu na nic nie odpowiadała, czasem tylko dała jakiś rysunek albo po gębie. No cóż, przynajmniej spróbowałem.
– Spooookój! – wrzasnęła w końcu Naczelna, próbując przekrzyczeć rozmowy przy stole. – Musimy wreszcie coś postanowić, za tydzień...
Wszyscy wiedzieli, że za tydzień gazeta powinna pojawić się w dziobach sów, lecz tylko kilka osób przy stole udawało, że zwraca uwagę na rozpaczliwe próby zwrócenia ich uwagi na tematy zawodowe.
Zastanawiałem się właśnie, czy nie podjąć drugiej próby uwiedzenia graficzki, gdy szturchnął mnie siedzący z mojej prawej strony Mandragor, szef działu Ogrodniczo - Modelarskiego. Nigdy w życiu nie napisał swoimi wiecznie ubabranymi w ziemi i smoczym nawozie paluchami o żadnym modelu, no ale uparł się kiedyś na nazwę działu i tak już zostało. Podał mi zwinięty karteluch i wskazał głową na Długiego, który nerwowymi ruchami rąk pokazywał mi, żebym przeczytał kartkę.
Westchnąłem i rozwinąłem ubabrany w ziemi kawałek pergaminu, zapisany niezgrabnymi kulfonami. Potem przeczytałem go drugi raz i dla pewności jeszcze trzeci.
– ... dlatego, żeby jakoś przetrwać i wydać kolejny numer gazety, opracowałam plan pracy dla wszystkich, który pomoże nam... – Naczelna nie zdążyła rozwinąć wielkiego rulonu pergaminu, który wyciągnęła ze swojej mikroskopijnej torebki, kiedy przerwała jej wstając od stołu osoba, której nikt z obecnych nie podejrzewałby o nawet minimalne zainteresowanie przebiegiem Kolegium Redakcyjnego.
Czyli ja.
– Ciiiiiiiiiiisza! Jest patent na numer, nawet kilka numerów, a może nawet na całe lata życia gazety! – wrzasnąłem, żeby przekrzyczeć redaktorów protestujących przeciwko nakładaniu im kagańca twórczego w postaci kolejnego Planu Pracy opracowanego przez Naczelną.
Zapadła nagle głucha cisza, w której słychać było tylko mamrotanie Historycznego o przewadze goblińskich toporów nad trollańskimi maczugami.
Podszedłem do Naczelnej i w kilku słowach streściłem jej szeptem pomysł, który opisał mi na kartce Długi i Szczęśliwy. Spojrzała mi głęboko w oczy tym swoim spojrzeniem numer 7, czyli „kiedy myślę, że poznałam już granice absurdu, zawsze mnie ktoś zaskoczy”. Po chwili jednak wyrwała mi z reki karteluch Długiego i sama go przeczytała. Raz, drug, a potem dla pewności trzeci.
Widziałem wpatrzone w nią oczy członków redakcji – i nie dziwota, bo miała minę, jakby nagle zobaczyła co najmniej formułę zaklęcia na niegniotące się sukienki lub recepturę na Kamień Filozoficzny o smaku truskawkowym.
Wstała i zaczęła chodzić w kółko od drzwi do okna, czyli wykonując po trzy kroki w każdą stronę. Nadal trwała cisza, bo wszyscy wiedzieli, że Naczelna „myśli nogami” i nie wolno jej wtedy przerywać pod rygorem upiorogacka co najmniej.
– Przerwa, wszyscy precz, zostaje Długi, Ikona i Kolportaż – warknęła w końcu do wszystkich. - A ty wynieś Miłosną i wróć – to już było niestety tylko do mnie. Niestety, bo miałem nadzieję, że inni odwalą za mnie koncepcyjną robotę, a ja będę mógł skorzystać podczas przerwy z promocji na paszteciki dyniowe, ogłoszonej rano przez goblina prowadzącego piekarnię na rogu.
Z westchnieniem zacząłem wyciągać spod stołu naszą redaktorkę działu porad miłosnych.
***
– To się nie może udać – Kolportaż po raz kolejny pokręcił głową. – Nie ma szans.
– A jeśli?
– Nie ma szans, to się nie może udać... – powtórzył, ale w widać było, że jego składający się trybików maszyny do liczenia umysł już zaczął przeliczać, ile moglibyśmy wydać numerów, ile na nich zarobić i jaka część naszych długów by dzięki temu zniknęła.
Kiedy prośbą, groźbą, jednym zaklęciem i kilkoma łykami ognistej whisky przełamaliśmy w końcu nieśmiałość Długiego i Szczęśliwego, rozwinął nam, jąkając się niemiłosiernie, swój plan, którego zarysy opisał na kratce.
Czegoś takiego, tak bezczelnej i genialnej wręcz prowokacji dziennikarskiej nikt z nas nie pamiętał, nikt nawet o takiej nie słyszał. Była tak nieprawdopodobna, że nikt by nie uwierzył, że zaplanowane przez Długiego wydarzenia nie były przypadkowe – i w tym była nasza szansa.
Naczelna nerwowo drapała się różdżka za uchem, przez co jej fryzura „na Celestynę” co chwila zmieniała kolor. Długi obgryzał koniec notesu, w którym zapisywał swoje liczne pomysły, a Kolportaż mamrotał jakieś działania arytmetyczne, które ciągle mu się myliły.
– Gdyby się udało, mielibyśmy materiał na kilka lat newsów i co najważniejsze - wyłączność, bo tylko nasza gazeta znałaby źródła informacji. Ale z drugiej strony rozpętamy... – zawahała się przez chwilę Naczelna. – No, w każdym razie będzie ogólnokrajowa chryja.
– ... pięćdziesiąt dwa numery rocznie jak się przekształcimy w tygodnik razy dwadzieścia pięć tysięcy egzemplarzy razy szesnaście sykli minus koszty własne razy... – mamrotał cicho Kolportaż, co słodko brzmiało w naszych uszach.
– Ikona, to jest możliwe do zrobienia? – spytała w końcu Naczelna.
Graficzka pokręciła głową i tym jednym ruchem przekreśliła nasze nadzieje na dostatnią przyszłość. Zapadło głuche milczenie, nawet Kolportaż przestał mnożyć i dodawać.
Szkoda, pomyślałem, byłoby wreszcie za co kupić nową miotłę i lepsze żarcie dla moich kugucharów. Może nawet starczyłoby na przyzwoite szaty wyjściowe, bo ile lat można udawać, że się kupuje ciuchy w lumpeksie z zamiłowania do oryginalności.
– Dla... dla... dlaczego nie? – wydusił z siebie nagle Długi i Szczęśliwy.
Taki napad odwagi nie zdarzył mu się dawno, więc wszyscy spojrzeliśmy na niego z uznaniem, a na Ikonę z pytaniem w oczach.
– Skończyła mi się amarantowa farbka. – odpowiedziała Ikona pełnym i najdłuższym jakim pamiętałem zdaniem.
– Czyli, – zacząłem ostrożnie – gdybyś miała tą swoją amarantową farbkę, ta wymyślona przez Długiego ogólnokrajowa hucpa mogłaby się udać?
Ikona przez chwilę myślała, jakby rozważając wszystkie za i przeciw, a w końcu krótko kiwnęła głową.
– Tak.
Naczelna wybuchła histerycznym śmiechem, Długi skulił się w sobie ze strachu, a Kolportaż natychmiast wznowił mamrotanie obliczeń. Ja nie byłem w stanie nawet wzruszyć ramionami. Ikona beznamiętnie prezentowała swój zaczarowany dekolt.
– No, to wołaj resztę – Naczelna z wielkim uśmiechem na twarzy wskazała mi drzwi – i zaczniemy ich oswajać z myślą, że niedługo będą pracować w najlepszej i największej gazecie w tym kraju. Takiej, która zawsze płaci pensje. A przynajmniej często.
Wzruszyłem jednak ramionami i wyszedłem na korytarz, gdzie kłębił się znudzony tłumek naszych pozostałych redaktorów. Gdy zapędziłem ich do pokoju narad, zamknąłem za nimi drzwi, a potem cichutko zszedłem po skrzypiących schodach i ruszyłem w stronę goblińskiej piekarni na rogu.
Gazeta da sobie radę i beze mnie, a takiej promocji na dyniowe paszteciki może już nie być w tym sezonie.
A kto wie, gdzie będę w następnym?
Koniec
Dedykuję wszystkim pismakom, którym ciągle się chce. Caairo11
|