|
Remus Lupin nie mógł zasnąć.
Było już późno. Wiedział o tym, bo wszelkie odgłosy z salonu ucichły, a rodzice zwykle w soboty siedzieli tam do późna z sąsiadami. Jedynym dźwiękiem, który go denerwował, było tykanie zegara, wiszącego nad jego głową. Chłopiec był jednak tak zestresowany i tak zmęczony, że nie był w stanie wstać i na niego spojrzeć.
Była to już kolejna bezsenna noc w tym tygodniu. Jakkolwiek bardzo chciałby Remus zasnąć, tak przeszkadzał mu lęk. Nie przed ciemnością. Nie przed koszmarami. Nie przed pająkami – chociaż te były wyjątkowo paskudne.
Był to lęk przed samym sobą. Chłopiec miał już pięć lat, a już od paru tygodni wykazywał umiejętności magiczne. Wciąż pamiętał szeroki uśmiech na twarzy taty, gdy Remus po raz pierwszy podpalił sweterek, którego nie chciał założyć, nawet go nie dotykając. Pamiętał łzy w oczach matki, gdy pierwszy raz w jedną chwilę zwiędły kwiatki, które młodemu Lupinowi się nie podobały. Ponieważ te sytuacje później regularnie się powtarzały.
Cieszył się, że jego rodzice są tacy dumni, ale w duchu był przerażony. Zdarzały się niewinne wypadki jak martwy kwiatek czy spopielone ubranko, ale oprócz tego wciąż nie mógł zapomnieć, jak w dzień przed swoimi urodzinami obudził się, a łóżko stało w płomieniach.
Od tamtego czasu wciąż się martwił, że sytuacja się powtórzy. I następnym razem Remus się nie obudzi.
Próbował przekonać mamę, by z nim spała, nawet wylewał specjalnie soczek i kopał tatę w piszczel. Rodzice jednak, przekonani, że ich mały synek w końcu dorasta, dojrzewa do uprawiania magii, jest na tyle duży, by samotnie spać. Na nieszczęście dla Remusa.
Ta noc wyglądała na taką, jak wszystkie poprzednie. Tykanie zegara, głębokie oddechy, szum wiatru między liśćmi.
Wtedy Remus usłyszał inny dźwięk. Dźwięk otwieranego okna z jego sypialni.
Chłopiec od razu się wystraszył. Oddech mu przyspieszył, oczy szeroko otworzyły, ale nie był w stanie krzyknąć. Za bardzo się bał.
Na ścianie, na której było światło odbite przez księżyc, dostrzegł cień. Był on ogromny i przerażający.
Remus słuchał, jak okno delikatnie skrzypi przy otwieraniu się. Potem kroki. Człap, człap. Człap, człap. Człap, człap.
Nad jego łóżkiem stał wilkołak.
Rozpoznał go od razu. Tata nieraz pokazywał mu obrazki, które je przedstawiały. W końcu pracował dla Ministerstwa i był ich wielkim wrogiem. Często mu powtarzał:
– Synku, jaki piękny świat by nie był, jest tu bardzo niebezpiecznie. Nie ma tu tylko czarodziejów jak ty, ja czy mama, ale są też źli panowie. Są więksi i silniejsi, ale nie mają tego, co my mamy: siebie nawzajem. Jeśli kiedyś to się zdarzy – oby nigdy, oczywiście – krzyknij jak najgłośniej możesz, wtedy ja albo mamusia do ciebie przyjdziemy, dobrze?
Więc to zrobił. Krzyknął.
Nie był do końca pewny, co działo się tuż po tym. Poczuł ból w ramieniu, gdy wilkołak zbliżył do niego swoje wielkie kły. Czuł przez chwilę spływające po polikach wielkie łzy, ale zostały przyćmione przez krople krwi, spadające gęsto na pościel.
Wtedy otworzyły się drzwi do pokoju. Chłopiec dostrzegł w nich tatę, który w jednej chwili wyciągnął z kieszeni szlafroka różdżkę i rzucił na wilkołaka zaklęcie. Czerwony promień trafił stworzenie w ramię, co wybiło go nieco z równowagi, ale nie znokautowało. Wyszczerzył tylko czerwone od krwi zęby i pędem wyskoczył przez okno.
Chwilę później w drzwiach stanęła mama. Gdy tylko zobaczyła Remusa, zaczęła szlochać i rzuciła się w jego stronę. Przytuliła go mocno i całowała po czole i szyi. Zaczęła nim bujać i powtarzać:
– Już wszystko w porządku, poszedł sobie, już spokojnie, jesteś bezpieczny, wszystko będzie dobrze...
Remus niewiele z całego zajścia wtedy rozumiał, więc te słowa bardziej uspokajały mamę niż jej syna.
– Hope, rozpal kominek, idziemy do Munga. Już! – krzyknął tata i wyrwał chłopca z objęć matki. Ta rękawem otarła rzęsiste łzy i szybkim krokiem poszła do salonu.
Remus dalej pamięta, jak głośno zbiegała po schodach. Nigdy nie widział swoich rodziców tak zaniepokojonych. Zresztą, mieli powód. Ich synowi wciąż groziło niebezpieczeństwo. Rana na ręce malca była spora, chłopiec wciąż się wykrwawiał.
Nie zwracając uwagi na to, że wszyscy byli w piżamach, użyli sieci Fiuu i przenieśli się do Kliniki Magicznych Chorób i Urazów Świętego Munga.
Jak to przystało na późną porę, wewnątrz budynku było niesamowicie cicho i spokojnie. Na krzesłach na korytarzach leżeli członkowie rodzin pacjentów, głowa koło głowy. W informacji nikogo nie było. Kobieta stojąca za ladą kątem oka dostrzegła, że rodzina Lupinów do niej podeszła. Od niechcenia rzuciła:
– Słuchaaam?
I wtedy zobaczyła, co się stało. Dostrzegła małe dziecko z olbrzymim ugryzieniem, które – nie wyleczone w krótkim czasie – mogło zakończyć się w najlepszym przypadku przemienieniem w wilkołaka. W najgorszym – śmiercią.
Drżącą ręką sięgnęła po różdżkę, którą przyłożyła do krtani.
– Sonorus!
Upewniwszy się, że zaklęcie działa, zaczęła mówić, a jej głos był tak donośny, że Remus był pewny, iż słychać ją nawet na drugim końcu świata.
– Nagły wypadek! Prosimy wszystkich dostępnych magomedyków do punktu informacji! Kilkuletni chłopiec ze śmiertelnym ugryzieniem przez wilkołaka! Powtarzam, kilkuletni chłopieć ze śmiertelnym ugryzieniem przez wilkołaka!
W ciągu minuty dookoła Remusa zebrała się gromadka ludzi, wypytująca rodziców o wszystko, co się dało i wprawiająca chłopca w konsternację. Po chwili został zabrany z rąk rodziców do jednej z przybocznych sal.
***
– I jak, proszę pana? Wszystko dobrze? – zapytał pan Lupin jednego z magomedyków, gdy tłumnie wychodzili z sali.
Człowiek wyglądał na zmęczonego i zmartwionego. Fakt, że miał nocną zmianę, nie był wcale pomocny.
– Państwa syn żyje, jest cały i zdrowy.
Rodzice westchnęli i opuścili ramiona z ulgą. Rzucili się sobie w ramiona i zrelaksowali.
– Jednak to nie koniec informacji.
Hope i Lyall Lupinowie zdziwili się. O co mogło mu chodzić?
Powoli odwrócili się do magomedyka z wyczekiwaniem w oczach.
– Fakt, udało nam się uratować życie pana dziecka, odpoczywa w sali i pozostanie na parę dni na kontrolę. Jednak nie udało nam się usunąć wilkołaczej toksyny, która płynie już w żyłach państwa syna.
Pan Lupin zrobił się cały czerwony. Ze złości, z fustracji, ze smutku. Nie po to przez ostatnie lata walczył z wilkołakami w Ministerstwie, by jego syn, w ramach odwetu – jako, że ten atak najpewniej nim był – został jednym z nich. Wciąż widział przed oczami ślepia i przerażający uśmiech Fenrira Greybacka – rozpoznał go od razu. To on był jego wrogiem numer jeden, wilkołakiem, który, chociaż oskarżony z pomocą niezbitych dowodów, uciekł od odpowiedzialności za zabójstwo dzieci. Dzieci!
– Podać panu naparu z melisy? – zaoferowała się pani z informacji, która uważnie przysłuchiwała się rozmowie i zaczęła powoli martwić, że pan Lupin zaraz rzuci się na magomedyka.
– Nie... – zaczął mężczyzna, ale żona szybko mu przerwała:
– Poprosimy dwie. Dziękuję serdecznie.
Położyła dłoń na ramieniu Lyalla. Ten przykrył jej rękę swoją i oparł o nią głowę.
– Znajdziemy rozwiązanie, skarbie, na pewno – wyszeptała mu do ucha. Ten jej uwierzył. Mając ją przy boku, mógł zrobić wszystko.
– Czy... – zapytał jeszcze magomedyka. – Czy możemy na chwilę do niego wejść? Prosimy.
Mężczyzna spojrzał na nich i nic nie powiedział. Przez chwilę zastanawiał się, lecz ostatecznie kiwnął głową.
– Macie pięć minut. Ani sekundy dłużej.
Rodzice pognali do sali, w której leżało ich dziecko. Dalej będąc w swoich ramionach, uścisnęli się mocno i w ciszy wpatrywali w Remusa. Ten, jakby wyczuwszy wzrok, obudził się i śniącym wzrokiem patrzył na mamę i tatę.
– Co... co się stało? Czemu ugryzł mnie ten duży pies?
– Ponieważ był zły, kruszynko – powiedział ojciec. Nie zamierzał jeszcze mu zdradzać prawdziwego powodu, dla którego to jego zaatakował Fenrir. Jeszcze nie.
Tej samej nocy, gdy żona wysłała go do domu, by odpoczął, a ona sama pozostała stróżować przy Remusie, Lyall wysłał sowę do kolegów z Ministerstwa z informacją, co się wydarzyło. Nie zamierzał odpuścić Greybackowi, dopóki go nie wsadzi do Azkabanu bądź – jeśli pierwsze nie wypali – zabije. Wypytał ich też o lek na likantropię; czy taki istnieje, jeśli nie, to kto jest najbliższy jego stworzenia. Nie mógłby żyć z poczuciem, że zawiódł swojego syna.
MaJAeNBracken
|