|
„Mój dzień w pracy jako auror”
1.
Młody, jasnowłosy czarodziej o szlachetnej, lecz smutnej twarzy, wyciągnął prawą rękę w stronę gotującego się do skoku smoka.
- Nie pokonasz mnie, Władco Ciemności, moja moc jest silniejsza od twoich ciemności, Władco Ciemności!
Smok zaryczał przeraźliwie po smokogońsku, a wtedy z dłoni czarodzieja wystrzelił złoty promień, który ugodził go prosto w serce. Ostatnie słowa umierającego smoka…
- Z dłoni mu wystrzeliło? Po smokogońsku? Co za szajs … – mruknął Tooker i wrzucił do wiklinowego kosza na papiery czytaną książkę. Książka jednak natychmiast wyskoczyła z kosza, uniosła się w powietrze i kilka razy walnęła go w głowę, po czym powoli opadła na biurko.
Tooker westchnął. Nie łatwo być aurorem, a jeszcze trudniej jest być najmłodszym stażem aurorem w całym Biurze Aurorów.
Od pierwszego dnia pracy starsi koledzy robili mu głupie dowcipy. Oficjalnie – żeby nauczyć go stałej czujności, a tak naprawdę, żeby mieć trochę zabawy w zwykle okropnie nudnej pracy.
Tooker nauczył się szybko, by nie siadać na niczym, czego nie zbadał i nie nabrał pewności, że to na pewno krzesło, a nie przetransmutowany niuchacz. Nie pił żadnych napojów, którymi go częstowali. To efekt przyjęcia szklanki soku dyniowego zaprawionego kilkoma kroplami zmodyfikowanego eliksiru zmieniającego kolor włosów. Cały tydzień chodził potem w czapce, bo jego włosy były po wypiciu eliksiru wściekle różowe i odrastały natychmiast po obcięciu. Codziennie zamykał szuflady swojego biurka innymi zaklęciami, nie rozstawał się ani na moment z różdżką, zaglądał do kieszeni, zanim włożył do nich rękę. Po pewnym czasie ilość dowcipów zmniejszyła się, a od trzech dni nie było żadnego. To uśpiło jego czujność i nie zbadał kosza na śmieci.
W półmroku panującym w Biurze Aurorów widział, jak siedzący dwa boksy dalej Alastor Moody tłumi śmiech, zasłaniając twarz jakąś broszurą. Pokazał mu język, westchnął, i nie mając nic do roboty, zwinął się w kłębek na służbowej leżance. Zapowiadał się kolejny nudny nocny dyżur aurora.
2.
Na wiszącej na ścianie boksu mapie Londynu rozjarzył się pomarańczowy punkcik. Miejsce, w którym się pojawił, natychmiast przesunęło się na środek pergaminowej mapy.
Alastor Moody zdjął nogi z biurka i odłożył czytaną właśnie broszurę „Zaawansowane techniki revelio, czyli najpierw pytaj, a potem rzucaj zaklęcia”. Dostał ją rano do zaopiniowania, czy nadaje się na podręcznik do szkolenia aurorów. Bawiła go myśl, że wcześniej sam ją napisał pod pseudonimem, a teraz kilkoma złośliwymi zdaniami zdyskwalifikuje ją jako podręcznik. W ten sposób sprawi, że skrypt przeczyta każdy auror w Biurze. Oficjalnie zatwierdzonych podręczników nikt nawet nie otwierał.
Popatrzył na mapę i uśmiechnął się, widząc nazwę ulicy, na której jarzyła się kropka.
Łyknął zimnej kawy ze stojącego na biurku kubka i podszedł do śpiącego na wyleniałej leżance Tookera.
- Wstawaj Młody, mamy interwencję – szarpnął go za ramię.
Obudzony chłopak wzdrygnął się, ziewnął głośno i natychmiast potem wstał.
- Co jest? – zapytał, potrząsając głową, żeby pozbyć się resztek snu.
- Pomarańcza we wschodnim Londynie.
W żargonie aurorów pomarańczą, od pomarańczowego koloru kropki pojawiającej się na mapie, nazywane było użycie czarów w obecności mugola. Jeszcze niedawno aurorzy nie zajmowali się takimi błahostkami, ale ostatnie wydarzenia sprawiły, że sprawdzali wszystkie wypadki użycia czarów w obecności mugoli. Tak na wszelki wypadek.
- No to nie jest źle, dobrze, że to nie mięta – powiedział Tooker, tłumiąc ziewanie.
Miętą, od zielonego koloru kropki pojawiającej się na mapie, nazywane było użycie zaklęcia uśmiercającego – avada kedavra.
Na twarzy Moody’ego pojawił się złośliwy uśmiech, więc Tooker natychmiast podszedł do mapy. Pomarańczowa kropka świeciła się w połowie nazwy ulicy we wschodnim Londynie – Green Bean Street.
Tooker zrobił kwaśną minę.
- Alastor, zrób to za mnie, ona mnie wykończy … – spojrzał z nadzieją na pokiereszowaną twarz starszego kolegi, a jeszcze niedawno nauczyciela na kursie aurorów.
Moody uśmiechnął się szeroko.
- No chyba żartujesz, Pani Fasolka nigdy by mi tego nie wybaczyła, sam wiesz, jak bardzo cię lubi, no i ciasta pyszne piecze – nie ukrywał nawet, że świetnie się bawi.
Tooker tylko machnął ręką i zaczął się ubierać.
Pani Fasolka było uroczą, starszą czarownicą, która mieszkała w dzielnicy mugoli. Za każdym razem przedstawiała się inaczej, więc aurorzy nazwali ją w końcu Panią Fasolką, a jej się to spodobało. Zawsze uśmiechnięta i życzliwa, pomagała mugolom z sąsiedztwa w codziennych kłopotach. A to kota ściągnęła z drzewa, a to załatała błyskawicznie dziecku pękniętą oponę w rowerze albo otworzyła zatrzaśnięty zamek w drzwiach do piwnicy. Rzecz w tym, że do tej pomocy używała czarów i miała w nosie ciągłe wizyty aurorów grożących jej za to różnymi karami, włącznie z osadzeniem w Azkabanie. Nawet lubiła te ich odwiedziny, a ostatnio szczególnie polubiła Tookera, który był w wieku jej wnuka, a nawet miał być do niego podobny. Gdy tylko się pojawiał, natychmiast zaczynała mu opowiadać o wnuczku i zwykle zaciągała do swojego małego domku, w którym musiał wypić z nią kilka filiżanek herbaty i raczyć się jej wspaniałym ciastem.
Tooker zaczął się już bać miłej staruszki, a całe Biuro miało niezły ubaw, gdy opowiadał im po powrocie o mękach, jakie przechodził. Zawsze dawała mu ciasto, żeby poczęstował „kolegów z podwórka”. Jako najmłodszy stażem, był dotąd wysyłany na właśnie takie proste interwencje, i nie brał jeszcze nigdy udziału w walce.
Kiedy Tooker wyszedł z biura, uśmiechnięty Moody zasiadł na swoim fotelu i wziął do ręki broszurę. Nie zdążył jednak nic nabazgrać na marginesie, gdy na mapie pojawiła się zielona kropka. Zerwał się z fotela i natychmiast zobaczył, że pulsujący na zielono punkcik jest dokładnie w tym samym miejscu, w którym poprzednio był pomarańczowy. Zaklął pod nosem i zaczął zapinać płaszcz, kiedy na mapie pojawiła się następna zielona kropka, w południowym Londynie, w dzielnicy fabrycznej.
Moody zastygł na chwilę, intensywnie myśląc, a potem wyciągnął różdżkę.
3.
Tooker deportował się na początku uliczki i natychmiast zaczął iść w kierunku najbliższej latarni. Pamiętał ze szkolenia słowa Moody’ego, że nocą stojący w miejscu człowiek wzbudza większe zainteresowanie niż idący, dlatego po deportacji w rejonie mugoli trzeba natychmiast zacząć iść w dowolnym kierunku.
Przy Green Bean Street stała niezliczona ilość małych, starych domków z malutkimi ogródkami, przed którymi były zaparkowane mugolskie samochody. Dom Pani Fasolki znajdował się mniej więcej w połowie ulicy i po dojściu do latarni Tooker zakręcił i skierował się w tamtą stronę. Oprócz mdłej poświaty wokół kilku latarni nie paliło się żadne światło, wszystkie okna w mijanych przez niego domach były ciemne. Była prawie trzecia w nocy, więc to go nie zdziwiło.
Tooker przeskoczył przez niski płotek domku Pani Fasolki. Zaczarowana przez nią klamka w furtce czasami łaskotała dłoń tego, kto ją dotknął, a czasami potrafiła chwycić ją mocno i długo nie puszczać, dlatego od dawna nie korzystał z furtki.
W salonie na parterze paliło się jakieś światło, więc najpierw podszedł do okna. Niestety, była to tylko poświata dogasającego kominka, która nie pozwalała zobaczyć niczego więcej poza rozmytymi konturami mebli.
- Pani Amando, jest pani u siebie?
Nikt mu nie odpowiedział. Podszedł do drzwi wejściowych. Te w ogóle nie miały klamki, a otwierały się po ściśnięciu za nos małej płaskorzeźby, podejrzanie przypominającej twarz Ministra Magii. Wszedł przez nie od razu do salonu.
- Pani Amando? To ja, Tooker. Dlaczego siedzi pani po ciemku?
I znowu nikt mu nie odpowiedział, słyszał tylko tykanie wielkiego zegara, który chodził czasem do tyłu, czasem do przodu, a czasem pokazywał tylko nieparzyste godziny. Tooker czuł zapach marcepana, ale pomyślał, że to kolejny wspaniały wypiek, który zabierze później do Biura.
- Lumos.
W świetle jarzącym się na końcu różdżki dostrzegł wreszcie Panią Fasolkę. Siedziała w swoim ulubionym fotelu, z książką w ręku, jak zwykle uśmiechnięta. Tyle, że siedziała bez ruchu.
- Pani Amando, no teraz to pani przesadziła – powiedział, idąc w jej stronę – w nocy czarować w obecności mugoli? Ja nie wiem, ile razy będę musiał jeszcze pani tłumaczyć, że…
Przerwał nagle, bo zobaczył, że to, co w słabym świetle wziął za zwykły, promienny uśmiech kobiety, było grymasem przerażenia, który zastygł na jej twarzy. Pani Fasolka była nieruchoma, jej ładna twarz była wręcz karykaturalnie zmieniona – otwarte jak do krzyku usta, a do tego szeroko otwarte oczy, w których zastygło przerażenie.
Tooker przez chwilę patrzył na nią tylko zdziwiony, zanim dotarło do niego, co widzi. Dopiero wtedy się przeraził. Trzymająca różdżkę, ręka zaczęła mu drżeć, co sprawiło, że światło, które zaczęło migotać, rzucając ostre cienie na twarz martwej kobiety. Wyglądało to wręcz upiornie.
- Nox! – szepnął Tooker, siłą woli powstrzymując się od natychmiastowej ucieczki. Kucnął za fotelem, nie chcąc patrzeć na twarz tej sympatycznej kobiety, do której wnuka był podobny.
- Myśl, Tooker! – powiedział sam do siebie, żeby chociaż na chwilę przerwać przygnębiającą ciszę. Uświadomił sobie, że nie słychać w niej nawet tykania zegara.
4.
Alastor Moody deportował się przy starym magazynie w południowym Londynie i natychmiast rzucił na siebie zaklęcie niewidzialności. Nie miał czasu na skradanie się i zabiegi pozorujące. Wiedział, że Tooker jest sam tam, gdzie początkujący auror nie powinien być nigdy sam. Szybko rozejrzał się po niebie, ale nie dostrzegł na nim Mrocznego Znaku. To go wpędziło w jeszcze gorszy nastrój.
Śmierciożercy, którzy od kilku miesięcy zabijali niemal bezkarnie zarówno czarodziejów, jak i mugoli, zwykle obwieszczali każde morderstwo, wyczarowując na niebie Mroczny Znak – trupią czaszkę, z ust której wysuwał się wielki wąż. Widząc go, każdy auror przynajmniej wiedział, czego się może spodziewać na miejscu zbrodni. Brak tego symbolu sprawiał, że spodziewać się trzeba było wszystkiego najgorszego.
Moody postawił kołnierz płaszcza i ruszył w stronę magazynu.
5.
Tooker zmusił się, żeby wyjąć z rąk staruszki ostatnią czytaną przez nią książkę, i nie patrząc nawet na okładkę, schował ją do kieszeni płaszcza. Potem podczołgał się do okna i ostrożnie wyjrzał na ulicę. Niczego dziwnego na niej nie zobaczył, ale też i nie liczył zbytnio na to.
- Homenum revelio !
Nic się nie stało. Powinien zacząć od tego zaklęcia, ale dopiero teraz sobie to uświadomił. Przez głowę przelatywały mu procedury, które wbijano mu do głowy podczas morderczego szkolenia na aurora, i które zdał celująco na egzaminie. Wtedy proste i logiczne, teraz wydawały mu się kłębowiskiem bezsensów, których nie potrafił zastosować do zastanej sytuacji.
Podczołgał się do drzwi salonu. Po raz ostatni rozejrzał się po nim, omijając wzrokiem fotel, na którym siedziała martwa Pani Fasolka. Żadnych śladów walki, żadnych przedmiotów, które nie powinny się tu znajdować. Okna zamknięte, jedyny dywan na swoim miejscu, niezmarszczony. Podniosło go na duchu, że robiąc nawet tak pobieżne oględziny, zaczyna myśleć jak auror.
Wstał tuż przy drzwiach i powoli je uchylił. Potem otworzył na pełną szerokość i wyszedł na ganek. Kiedy dotarło do niego, że stoi nieruchomo na tle drzwi, zza których przebija się światło oświetlające jego sylwetkę, rąbnęło pierwsze zaklęcie.
Nie usłyszał inkantacji, nawet nie zobaczył z której strony padło. To musiało być diffindo, bo spadł mu na głowę kawał gałęzi rosnącej tuż przy drzwiach domu jabłoni, równo odcięty, jak piłą. Uderzenie w głowę konarem zamiast go ogłuszyć paradoksalnie sprawiło, że otrzeźwiał. Poczuł, że niknie gdzieś paraliżujący strach, który go do tej pory przepełniał, i zaczyna widzieć w okolicznych domach nie scenerię strasznych wydarzeń, ale pole walki, którą przecież setki razy trenował na szkoleniu. Błyskawicznie podniósł się i skoczył za najbliższą zasłonę, jaką był wielki polny kamień leżący przy ścianie domu Pani Fasolki.
6.
- Kto tym razem?
Moody wzruszył ramionami.
- Pojęcia nie mam, nigdy go nie widziałem. Jakiś mugol, pewnie sobie przemieszkiwał w tym magazynie. Ale nie ma Mrocznego Znaku, to robota jakiegoś zwykłego szaleńca. Zwijamy się, nikogo nie ma w okolicy.
Kiedy przeszukał opuszczony magazyn, okazało się, że w jednym z pomieszczeń z pustymi workami ktoś urządził sobie prowizoryczne mieszkanie. Na stercie worków znalazł przykryte dwoma kocami ciało biednie ubranego mugola, którego zaklęcie avada kedavra musiało ugodzić podczas snu. Koc leżący na wierzchu wyglądał na zupełnie nowy, był żółty w drobny zielony wzorek. Bezdomny miał spokojną twarz, zamknięte do snu oczy. Nie wiedział, że zginie, nie zdążył się przestraszyć. Moody jednak umiał rozpoznać działanie kedavry – leciutki zapach marcepana w powietrzu, chwilowe usztywnienie włosów i kolor skóry mugola mówiły mu, że zabiło go zaklęcie uśmiercające, i to w ciągu ostatnich kilkudziesięciu minut.
Caradoc Dearborn, auror, który pojawił się w magazynie kilka minut po nim, jeszcze raz rozejrzał się po pomieszczeniu. Moody wezwał go natychmiast po pojawieniu się drugiej „mięty” na mapie, jako wsparcie i na wypadek, gdyby trzeba było interweniować w trzecim miejscu.
Nie dostrzegł żadnych śladów walki, niczego podejrzanego. Miał mniejsze doświadczenie niż Moody, dlatego nie próbował nawet oponować. Skoro Alastor mówi, że nie mają tu już nic do roboty, to tak musi być.
- Adres pamiętasz? – spytał Moody. – Wchodzimy z przeciwnych stron ulicy, ja narobię trochę huku na swoim, będziesz miał chwilę na dojście bez ostrzału.
Dearborn kiwnął głową. Nie umiał się tak dobrze zamaskować niewidzialnością jak Moody, więc jeżeli na miejscu czekał na nich ktoś o morderczych zamiarach, te kilka chwil, które zapewni mu Alastor swoją dywersją, może być bardzo cenne.
- Tooker … da sobie radę? – spytał jeszcze, ale poznaczona bliznami twarz starszego aurora nawet nie drgnęła. Deportował się bez słowa, a Caradoc zrobił to w kilka sekund po nim. Przez te kilka sekund uważnie przyglądał się kocom, którymi przykryty był bezdomny.
7.
- Avada kedavra!
- Expeliarmus!
- Avada kedavra!
- Reductio!
Zaklęcia padały z trzech stron, przecinając powietrze różnokolorowymi smugami. Czerwone, żółte, srebrne. I zielone, najgroźniejsze. Nikt nie przeżył trafienia zaklęciem avada kedavra, uśmiercającym. Nikt go nie może przeżyć, to niemożliwe. To wiedza elementarna dla aurorów, wiedzą tą dysponują nawet nowicjusze. A Tooker nie był już nowicjuszem. Przynajmniej sam tak uważał.
- Bombarda!
Wielki kawał muru odpadł od frontu domu, spadając tuż koło Tookera, który w ostatniej chwili zrobił dwa kroki w bok, i tylko dlatego nie został przygnieciony kilkudziesięciokilogramowym odłamkiem zlepionych cegieł.
Ten to jednak przesadził, pomyślał Tooker, uskakując za rosnące koło domu drzewo. Walić bombardą na prawie zamkniętym terenie może tylko idiota, snuł swoją ocenę, przeczołgując się w chmurze pyłu do kosza na śmieci stojącego przy tylnych drzwiach domu. A idioci powinni używać drutów do robienia swetrów, a nie różdżek, zakończył w myślach, gdy zobaczył plecy tego, który tak niesubtelnie zdemolował jakiemuś mugolowi front domu, a teraz rozglądał się nerwowo, próbując coś dostrzec w chmurze pyłu, w której jeszcze przed chwilą był Tooker.
- Petrificus totalus! – z różdżki aurora nie wystrzelił żaden promień, ale klątwa ugodziła przeciwnika dokładnie tam, gdzie miała – pomiędzy łopatkami. Ubrany na czarno mężczyzna złożył się nagle jak scyzoryk i padł bez ruchu na ziemię.
- Kiedy walczycie o życie, zapomnijcie o rycerskości i zasadach pojedynkowania się. Bez wahania walicie zaklęciem w plecy tego, kto chce was zabić. On się nie zawaha, widząc wasze plecy – Tooker pamiętał, jak wysłuchał tych słów na jednym ze szkoleń, wisząc do góry nogami w powietrzu, tuż po tym, jak wspaniałomyślnie postanowił nie atakować kolegi w plecy. Moody trzymał go zawieszonego nad ziemią tak długo, aż w końcu chłopak zemdlał. I dobrze zapamiętał tę nauczkę.
Tooker kucnął koło leżącego sztywno na ziemi mężczyzny i najpierw się rozejrzał, a potem szturchnął go różdżką w policzek. Kiedy mężczyzna nawet nie drgnął, miał pewność, że zaklęcie podziałało. Znał swoje umiejętności, ale wolał sprawdzić – dopiero wtedy był pewien, że taki trafiony przez niego osobnik nie wstanie nagle i nie znajdzie się za jego plecami.
Położył się płasko na ziemi i chwilę obserwował okolicę, ale nikogo nie zobaczył. Wysunął zza osłony różdżkę, i prawie nie celując, rzucił zaklęcie.
- Engorgio!
Rosnący kilka metrów od niego mały krzak ostrokrzewu nagle powiększył się kilkukrotnie. Tooker natychmiast poderwał się i pobiegł w przeciwną stronę, do zaparkowanego na podjeździe sąsiedniego domu samochodu, za który się schował. Sztuczka się udała, widział, że dwa zaklęcia uderzyły w krzak, a nie w niego. Nie zobaczył jednak, skąd padły, w biegu nie mógł obserwować okolicy. Powoli wychylając głowę znad zderzaka, rozejrzał się po okolicy.
Wiedział, że napastników było co najmniej trzech, tylu zdołał zobaczyć, kiedy zaczęli do niego walić zaklęciami w chwili, gdy stał na ganku. Przed chwilą wyeliminował pierwszego, pozostało więc jeszcze dwóch. Ci byli sprytniejsi, zmienili pozycje, przyczaili się gdzieś i teraz czekali aż to on wystawi się na ich zaklęcie.
Tooker nie zamierzał im tego ułatwiać. Myślał już chłodno, jak na jednej z niezliczonych walk pozorowanych, które podczas szkolenia prowadził Alastor Moody. Był jednym z najsłabszych w grupie na testach teoretycznych, ale najlepszym podczas zajęć praktycznych, i dlatego tylko ukończył kurs aurorów.
Wiedział, że za jego plecami nie ma żadnego z przeciwników, od początku walki uważnie patrzył, skąd padają zaklęcia, wiedział która strona jest czysta. Zastygł bez ruchu przy samochodzie i uważnie rozglądał się za potencjalnymi kryjówkami wrogów. Myślał, gdzie on sam by się w takiej sytuacji schował.
- Podczas walki myślcie jak wasz przeciwnik – wiele razy powtarzał im Moody. – Pamiętajcie, że w chwili stresu ktoś niewyszkolony wybierze zawsze najbardziej oczywiste rozwiązanie.
Na pewno dobrą kryjówką pozwalającą na szybki atak, byłby murowany śmietnik po przeciwnej stronie ulicy. Tooker długo się w niego wpatrywał, aż w końcu dostrzegł minimalne drgniecie cienia czegoś, co powinno nieruchomo stać w śmietniku. Uśmiechnął się – ta kryjówka była wręcz oczywista.
Szukał drugiego, ale choć obejrzał uważnie całą okolicę, nie dostrzegł go. Wtedy uświadomił sobie, że za długo pozostaje w jednym miejscu.
Kiedy zaczął się obracać, żeby zmienić kryjówkę, zobaczył kątem oka jakiś ruch za sobą, rozmazaną czarną plamę. Natychmiast rzucił się w bok, jeszcze w powietrzu rzucając zaklęcie w miejsce, w którym widział ruch:
- Incendio!
Z jego różdżki wystrzelił krótki płomień, który na moment rozświetlił ulicę, i o to mu chodziło. Nie próbował trafić przeciwnika, miał na to małe szanse, rzucając zaklęcie w locie. Chciał go zobaczyć i na moment oślepić, a to mu się udało. W rozbłysku ognia ze swojej różdżki zobaczył, że skradał się ku niemu niewysoki mężczyzna, ubrany całkowicie na czarno, który gdy rozbłysnął płomień, odruchowo zasłonił oczy, prostując się.
- Expeliarmus ! – poprawił Tooker natychmiast po tym, jak padł na ziemię. Zaklęcie trafiło oślepionego mężczyznę, wyrywając mu z ręki różdżkę i odrzucając go kilka metrów w tył. Tooker natychmiast wstał, lecz zaraz potem padł plackiem na ziemię, gdy tylko usłyszał:
- Avada kedavra!
To ten ze śmietnika postanowił przestać się czaić i szybko zakończyć sprawę. Zaklęcie przeleciało nad Tookerem, ale leżał on teraz na brzuchu bezradnie patrząc, jak ze śmietnika wyskakuje ubrana w czarny, męski mugolski garnitur, młoda kobieta, z krótkimi jasnymi włosami. Biegła szybko w jego kierunku, a na jej pięknej twarzy rozkwitał złowieszczy uśmiech.
Tooker nie mógł jej trafić, leżąc na brzuchu, więc zrobił coś, co przyszło mu do głowy w ostatniej chwili.
- Bombarda! – jego zaklęcie nie uderzyło w kobietę, lecz w stojący opodal samochód. Odrzucone siłą zaklęcia auto z wielkim hukiem runęło w kierunku kobiety, która zdążyła tylko odskoczyć w bok, nie mając szans na rzucenie jakiegokolwiek zaklęcia.
Tooker błyskawicznie wstał i ruszył biegiem w przeciwnym kierunku. Słyszał za plecami jakieś krzyki, ale już po kilku krokach dopadł do rogu zrujnowanego zaklęciami mugolskiego domu, który na chwilę skrył go przed przeciwnikami.
Przez kilka uderzeń serca koncentrował się, a potem deportował z głośnym pyknięciem. Trzy sekundy po tym, gdy zniknął, za róg domu wbiegła młoda kobieta z czujnie wyciągniętą przed siebie różdżką. Słyszała odgłos deportowania się, dlatego była wściekła. Miała wielką ochotę zabić tego aurora, i była tego bliska, gdyby jej kompani nie spartaczyli sprawy zbyt szybkim ujawnieniem zasadzki.
Postanowiła pokazać im jak bardzo jest niezadowolona, ale nagle usłyszała, że biegnie w jej stronę ulicą jakiś dziwnie ubrany mugol z pałką w ręku. Krzyczał do niej, żeby podniosła ręce do góry i nie ruszała się.
- Jak pan sobie życzy – powiedziała z uśmiechem, gdy stanął kilka metrów od niej i powoli uniosła obie ręce.
- Avada kedavra! – zielony promień z jej różdżki ugodził w brzuch mężczyznę i odrzucił kilka metrów w tył.
Kobieta nawet nie spojrzała na jego ciało. Uśmiechnęła się zadowolona, że wieczór nie był jednak całkowicie nieudany.
8.
Kiedy Alastor Moody pojawił się nagle przy wraku mugolskiego samochodu, Caradoc Dearborn nawet nie drgnął. Słyszał go z daleka, sam Alastor nauczył go, jak rozpoznawać, że skrada się ktoś w pelerynie niewidce lub pod działaniem zaklęcia niewidzialności.
Uliczka powoli zapełniała się wychodzącymi z domów mieszkańcami. W piżamach i szlafrokach, zaspani mugole oglądali z przerażeniem zniszczony samochód, wielką dziurę w ścianie domu pana Hopkinsa, ale przede wszystkim leżącego na ziemi martwego policjanta.
Moody rozejrzał się i zdjął z siebie zaklęcie niewidzialności. Podszedł blisko Dearborna tak, żeby nikt ich nie słyszał.
- Za dużo mugoli, trzeba tu szybko wysłać kilka Niezapominajek.
Dearborn kiwnął głową i powoli, starając się nie zwracać uwagi mugoli, odeszli z Moodym w stronę końca uliczki. W takim tłumie oni nie mieli tu już nic do roboty, tu rzeczywiście potrzebni byli amnezjatorzy, nazywani przez aurorów Niezapominajkami.
9.
Tooker siedział w swoim boksie z pustym kubkiem do herbaty w ręku. Kubek co chwila gryzł go w nos, gdy chłopak przykładał go do ust, lecz Tooker nie zwracał na to uwagi, i tak nie wlał do niego herbaty. Trzymając ten kubek w dłoni czuł się jednak bezpieczniej.
Dopiero, gdy deportował się w Ministerstwie i dotarł do swojego boksu, dotarło do niego, co się zdarzyło. Pani Fasolka została zamordowana, ktoś chciał zabić także jego. Ręce zaczęły mu się trząść, dlatego odstawił kubek na biurko. Ten spokój, który czuł podczas walki, zniknął nagle jak pękająca szklana kula, których kilka rozbił w szkole na wróżbiarstwie. Nie mógł usiedzieć na miejscu, zaczął krążyć po biurze jak niuchacz w klatce. Nie wiedział, co ma teraz zrobić. Procedury mówiły jasno – po każdej akcji auror natychmiast wraca do Biura. No fajnie – ale co dalej?
Podszedł do pergaminowej mapy Londynu wiszącej na ścianie. Pokazywała całe miasto, nic na niej nie migotało. Tooker uświadomił sobie nagle, że gdyby zaszła konieczność interwencji, nie byłby w stanie nic zrobić. Usiadł pod mapą na podłodze i zamknął oczy.
10.
Kiedy Alastor Moody wszedł do biura, jeden rzut oka na siedzącego pod ścianą Tookera powiedział mu wszystko. Nie zatrzymując się ani na krok, ruszył od razu do mapy. Kopnął lekko siedzącego pod nią chłopaka w but.
- Mapę sprawdziłeś ? – warknął.
Chłopak drgnął jakby wybudzony ze snu. Powoli wstał i spojrzał na Moody’ego i stojącego za nim Dearborna.
- Tak, sprawdziłem – odpowiedział cicho.
- Historię też? – głos Moody’ego był nieprzyjemny, napastliwy.
Tooker powoli pokręcił głową. Dopiero teraz przypomniał sobie, że auror który pojawia się w pustym biurze ma obowiązek w pierwszej kolejności sprawdzić historię mapy – proste zaklęcie pokazywało, czy w czasie nieobecności aurorów w biurze mapa coś sygnalizowała.
Moody prychnął i wycelował różdżką w mapę. Na chwilę zniknął z niej Londyn, i mapa stała się wielką, czarną płachtą.
- Twoje szczęście, Młody – powiedział Moody już spokojniej – kawę zaparz dla trzech i robimy naradę.
Tooker popatrzył na niego zdziwiony. Zginęła Pani Fasolka, do niego walili kedavrą, a on ma teraz kawę robić?
- Alastor, ty nie wiesz … – zaczął zadziornie, lecz Moody rozpinając płaszcz, nawet nie spojrzał w jego stronę.
- Caradoc nie słodzi, a dla mnie z podwójnym mlekiem dzisiaj. No, ruszaj się, Młody! – ryknął.
Tooker westchnął i ruszył w kierunku stolika, na którym mieli kociołek i kilka kubków. Kiedy zaczął parzyć kawę, ręce przestały mu się trząść.
11.
- To normalka. Szok. Kiedy po raz pierwszy uniknąłeś cudem śmierci, czujesz, że zaczynasz się rozpadać. Że jesteś do niczego, że ta robota cię przerasta, że chcesz uciec i się schować, i że wszystko ogólnie i w szczególe jest bez sensu. Coś takiego czułeś?
Tooker pokiwał głową. Dokładnie tak się czuł, gdy wrócił do Biura. Moody prawie idealnie opisał te uczucia, które nim owładnęły.
- Ja po pierwszej walce nawiałem do domu – powiedział Caradoc z uśmiechem. – Zapomniałem, że trzeba do Biura. Alastor mnie tam dorwał, zabrał różdżkę i na kopach przegonił przez pół Londynu. Dopiero, kiedy tyłek mnie rozbolał, jakoś zacząłem się zbierać. Tak trzeba, Tooker, nie wolno głaskać po główce i pocieszać, trzeba nakopać temu, który się rozkleja, zanim całkiem się rozpadnie.
Tooker pokiwał głową. Teraz już rozumiał, czemu Moody tak go zaatakował, i wiedział, że to podziałało. Nie rozpadł się, a był już tego bliski.
- Ale i tak mu tego nie zapomnę, kiedyś ja go tak załatwię! – dorzucił Caradoc ze śmiechem.
Moody się nie uśmiechnął. Patrzył w oczy Tookera.
- Teraz opowiadaj dokładnie, każdą sekundę i każdy ruch, i wytłumacz przede wszystkim, po co oni rozwalili tego „pałecjanta”.
Tooker zrobił wielkie oczy.
- Policjanta? Jakiego znowu policjanta?
12.
Kiedy Tooker skończył swoją opowieść, Moody wstał i zaczął chodzić wzdłuż ściany. Tak zachowywał się na kursie, gdy omawiał jakieś zadanie albo podsumowywał jego wykonanie. Myślał nogami, tak to określali wszyscy w Biurze.
- No, to pod … – zaczął, ale nie zdążył dokończyć.
- … sumujmy, co tym razem zawaliliście – ryknęli chórem Tooker i Dearborn. Znali na pamięć teksty swojego byłego nauczyciela.
- Spieprzyłeś rozpoznanie, bo oni musieli czaić się na ulicy, gdy wchodziłeś do Fasolki. Poza tym niewerbalne, latałeś jak głupi, wrzeszcząc zaklęcia i ujawniając swoją pozycję. Do tego parę innych rzeczy, które litościwie przemilczę.
Tooker już się nie uśmiechał. Wiedział, że wiele rzeczy poszło źle, i to z jego winy.
- Wiesz, co byś za to dostał na egzaminie – ciągnął Moody – i byłaby poprawka. Ale to była prawdziwa walka, Tooker, i nie miałeś szans na poprawkę. Dlatego za tą akcję dałbym ci wybitny, gdyby takie oceny były wystawiane.
Tooker zbaraniał.
- Wybitny? Za co?
- Przeżyłeś, to raz. Opanowałeś strach podczas pierwszej w życiu walki, dwa. Zastosowałeś procedury, może nie wszystkie, ale wystarczyło, to trzy. Do tego nie kozakowałeś, i dałeś drapaka, kiedy to było konieczne. Bo było, jeden na trzech, czy nawet dwóch, to jest zawsze loteria, a na loterii tylko głupcy wygrywają.
Tooker milczał. Był już spokojny i umiał myśleć jak auror, tego się uczył trzy lata. I chociaż sam by sobie wystawił znacznie niższą ocenę, doszedł do wniosku, że faktycznie nie było aż tak źle, jak myślał początkowo.
Caradoc podszedł do wielkiej korkowej tablicy, na której przypięte były pinezkami zdjęcia znanych Śmierciożerców oraz osób, które o to podejrzewali.
- Poznałeś kogoś?
Tooker nawet nie spojrzał na tablicę. Znał na pamięć nie tylko twarze na zdjęciach, ale i pełne życiorysy i charakterystyki widniejących na nich osób.
- Nie, to nikt ze znanych. Tego, którego spetryfikowałem, obejrzałem bardzo dokładnie, z bliska. Tego drugiego też nieźle widziałem. Ta kobieta …
- Co - ta kobieta? Może to Bella? – Moody wskazał na zdjęcie Bellatriks Lestrange.
- No nie, mówiłem ci, że to była blondynka z krótkimi włosami – mruknął Tooker, lecz coś mu chodziło po głowie.
- Blondynka? A może miała perukę, albo użyła eliksiru…
- Alastor, czy ja seplenię albo się jąkam, że do ciebie nie dociera? To na pewno nie była Lestrange, ani w peruce, ani pod eliksirem zmieniającym kolor włosów – wrzasnął zdenerwowany Tooker.
- Ale? – Moody w ogóle się nie przejął wybuchem Tookera. Krzyczeli już na niego urzędnicy, nauczyciele, ministrowie, więc wybuch kolegi z biura nie zrobił na nim wrażenia.
- Ale ona była taka jakaś, no nie wiem jak to powiedzieć, taka piękna, ale jakby z dwóch różnych kobiet, ta twarz … – Tooker zaczerwienił się i zamilkł. Niełatwo było mu mówić o kobietach, a już takich składanych w szczególności. Ale takie właśnie miał wrażenie podczas tych kilku sekund, gdy widział twarz jasnowłosej kobiety – że są w niej dwie różne osoby.
Przez chwilę panowała cisza, ale żaden z aurorów nie śmiał się.
- Dobra, to co wiemy ? – zaczął Moody, krążąc już pod tablicą. – Ktoś zabił Panią Fasolkę, zupełnie bez sensu morderstwo, ale w sumie jakie ma sens? To nie byli śmierciożercy, nie było Mrocznego znaku, no i nikogo nie rozpoznałeś. Do tego prawie w tej samej chwili ktoś zabił jakiegoś włóczęgę, też bez sensu. Pytanie: czy nic tych dwóch zabójstw nie łączy, czy przeciwnie, są ściśle związane?
- Są ściśle związane! – wypalił natychmiast Dearborn.
- Dlaczego?
Caradoc zamyślił się.
- Powiem ci, że… że nie wiem – auror wzruszył ramionami. Tooker, gdy dowiedział się o drugim zabójstwie, o którym nie miał pojęcia, też od razu pomyślał, że to musi mieć związek. Tyle, że także on nie wiedział jaki.
- Po twoim odwrocie ci od Fasolki zamordowali mugolskiego pałecjanta – kontynuował Moody.
- Policjanta – odruchowo rzucił Tooker, który był mugolakiem i znacznie lepiej od swojego szefa orientował się w świecie mugoli.
- No przecież mówię – Moody nie do końca rozumiał te dziwaczne mugolskie nazwy – Nawet, jeśli ich zaskoczył, mogli bez trudu się deportować albo go tylko oszołomić czy spetryfikować. A jednak go zabili, i to kedavrą, a to znaczy, że idą na całość, jak Śmierciożercy.
- Może właśnie o to im chodzi – zastanowił się Tooker – może chcą, żeby ich wyczyny szły na konto Śmierciożerców?
Moody i Dearborn wymienili spojrzenia.
- Nieźle kombinujesz, Młody… – Dearborn, starszy od Tookera o dwa lata, uwielbiał podkreślać, że to już nie on jest najmłodszym stażem aurorem – to tłumaczy metodę. A motyw?
- Powiem ci, że… nie wiem – prychnął Tooker.
Tym razem na twarzy Moody’ego pojawiło się coś, co od biedy można było nazwać uśmiechem. Jeżeli jego ludzie zaczynają sobie wciskać szpile, to znaczy że sytuacja wraca do normy. W Biurze Aurorów powiedzenie z uśmiechem „dzień dobry” powodowało, że wszyscy, do których to było skierowane, prawie padali na ziemię z wyciągniętymi różdżkami, oczekując jakiegoś wrednego ataku.
Tooker przypomniał sobie o książce, którą trzymała w ręku Pani Fasolka. Wyjął ją z kieszeni płaszcza i zaczął wertować. Nagle spomiędzy kart książki wyleciała mała, biała karteczka.
Tooker i Dearborn wiedzieli, że Moody potrafi być szybki, nawet bardzo szybki. Ale gdy teraz rzucił zaklęcie niewerbalne, jego ręka trzymająca różdżkę, którą przecież miał w drugim rękawie, była tylko rozmazaną plamą. Książka i karteczka znieruchomiały w powietrzu jak zamrożone. Tooker powoli puścił książkę, która zawisła w powietrzu, i odsunął się. Caradoc podszedł i kucnął. Obejrzał karteczkę, która już prawie wysunęła się z książki, w której pozostał tylko kawałeczek jednego z jej rogów.
- No chyba przesadziłem z tym wybitnym – mruknął Moody pod nosem zezując na Tookera…
Chłopak zagryzł wargi. Znowu zapomniał podstaw – książki, gazety i broszury auror przegląda, kładąc je na płaskiej powierzchni – wtedy nic, co jest włożone, nie wypadnie, a czasem ważne jest miejsce, gdzie to coś jest w książce włożone.
- Dobra, puszczaj – powiedział Dearborn – i książka natychmiast spadła na podłogę, przygniatając karteczkę – była na stronie 30, czystą stroną do góry.
Moody podniósł książkę. Była to kieszonkowa wersja znanego każdemu chyba czarodziejowi podręcznika: „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć”. Tooker podał mu zwykłą białą, kwadratową karteczkę, na jednej stronie której narysowany był tuszem wielki znak zapytania.
Popatrzyli kolejno na siebie, ale żaden z nich nie miał na twarzy ani śladu zrozumienia.
Moody położył książkę tak, żeby każdy z nich mógł przeczytać stronę 30 i 31. Opisane były na niej magiczne zwierzęta – sfinks, skrzydlaty koń i dwa gatunki smoków. Kiedy znowu popatrzyli po sobie, ich wyrazy twarzy się nie zmieniły.
- Jakieś pomysły? – rzucił Moody.
Jego podwładni pokręcili głowami.
- No to tak, jak ja … Dobra, robimy założenie, że miejsce włożenia karteczki nie ma znaczenia. Widziałeś ją kiedyś u Fasolki, Tooker?
Jeśli szef zwrócił się do niego po imieniu, to oznaczało, że mówi skrajnie poważnie.
- Nie, i wiem, że ona jej wcześniej na pewno nie miała. Fasolka nienawidziła białego koloru od chwili, gdy w czasach Hogwartu spędziła trzy miesiące w szpitalu, kiedy jej miotła czasie meczu … – rozpędził się Tooker, ale uśmiechy kolegów zaraz go ostudziły.
- No co, robiłem za was te wszystkie interwencje u niej, to zdążyła mi całe życie opowiedzieć, ze dwa razy nawet … – zaperzył się Tooker, ale Moody położył mu rękę na ramieniu.
- Wszyscy ją znaliśmy, Tooker. Ona zawsze taka była, i wszyscy w Biurze ją lubili, choć każdy musiał przejść etap: „Jaki ty jesteś podobny do mojego wnuka”. Nawet ja. Tak naprawdę Pani Fasolka nazywała się Alice Colby i wiele lat temu była wyśmienitym aurorem, mnie samego raz oblała na egzaminach rocznych, zresztą słusznie. Potem zdarzyło się coś, co ją złamało, po czym nie umiała się długo pozbierać. Gdy w końcu doszła jakoś do siebie, stała się Panią Fasolką. Ale o tym wiem już tylko ja, a od kilku sekund także wy dwaj. I nigdy nikomu o tym nie powiecie.
Moody zamilkł. Znali ten wyraz jego pokiereszowanej bliznami twarzy. To był koniec rozmowy na ten temat.
Tooker myślał nad czymś intensywnie, coś mu świtało w głowie, ale nie umiał tego nazwać. Jakieś wrażenie braku czegoś, co powinno gdzieś być. W końcu zamknął oczy i przypomniał sobie twarz martwej kobiety.
- Okulary! – wrzasnął nagle.
Dwaj aurorzy popatrzyli na niego ze zdziwieniem.
- Okulary! – znowu wrzasnął Tooker. – Ona nie miała założonych okularów, a przecież zawsze ich używała do czytania! Miała ich kilka par, w każdym pomieszczeniu w domu leżały, nawet w piwnicy. No, a gdy siedziała na fotelu z książką w reku, nie miał na nosie okularów!
Moody pomyślał chwilę.
- Może jej spadły?
Tooker energicznie pokręcił głową.
- Na pewno nie. Każde miały taką tasiemkę do noszenia na szyi, podpatrzyła to u mugoli, a poza tym dobrze się rozejrzałem, nie leżały ani na stoliku obok, ani na podłodze. Ona nie czytała tej książki w chwili śmierci, ktoś ją jej podrzucił, mówię wam! – w jego głosie było tyle pewności, że obaj koledzy nie próbowali nawet oponować. Im też ten trop wydawał się logiczny.
- Tylko po co? – zapytał Moody po chwili.
Tooker wzruszył ramionami, on też nie miał pojęcia, po co ktoś włożył w ręce zamordowanej przed chwilą kobiety jedną z najpopularniejszych książek w świecie czarodziejów.
Caradoc potarł podbródek końcem różdżki, co wywołało kłąb iskier, które go sparzyły.
- Idiota… – mruknął Moody.
- No, może i tak, ale ten idiota właśnie znalazł związek pomiędzy tymi zabójstwami – złośliwie syknął Dearborn, dmuchając na koniec różdżki, żeby ugasić iskry – który jego przemądrzały szef przeoczył.
- Niby jaki?
- Kocyk, panie szefie, kocyk.
- Aha. I co? – Moody nadal nie rozumiał.
- Ten kocyk, którym przykryty był bezdomny w magazynie, pamiętasz? Był przykryty dwoma kocami, jeden był stary i brudny, ale ten na wierzchu nowiutki. Kojarzysz?
- Tak – powiedział Moody, ale ton jego głosu mówił, że nic nie kojarzy.
- Na tym nowym kocyku, którego nie obejrzałeś, tym na wierzchu, był taki drobniutki wzorek. Najpierw myślałem, że to jakieś kreski, ale dopiero z bardzo bliska poznałem, że to tysiące malutkich znaków zapytania.
Wszyscy trzej popatrzyli na małą, białą karteczkę.
- No dobra, zarobiłeś tym na swoją pensję w tym miesiącu, Caradoc – mruknął zadowolony Moody.
Tooker wziął od niego karteczkę i przypiął ją w przeciwnym rogu tablicy do tego, w którym były przypięte zdjęcia Śmierciożerców.
- No to mamy w grze nowego gracza – mruknął, a pozostali aurorzy tylko pokiwali głowami – jak go nazwiemy?
- „Znak zapytania”? – rzucił Moody.
- Za długie. Co się kojarzy ze znakiem zapytania?
- Pytanie. Niewiedza. Zagadka – podrzucił Dearborn.
- Może po prostu Riddler?
- No dobra, niech będzie „Riddler” na razie – zakończył dyskusję Moody. – Dobra, Młody, twoja noc, twoje pomysły wchodzą. Ale jeszcze jedno dzisiaj jest twoje – dokończył z dziwnym jak na niego promiennym uśmiechem.
Tooker, słysząc słodycz w głosie szefa, od razu nabrał czujności.
- Niby co?
- Niby raport z interwencji – odparł Moody – zwykle pisze go szef operacji, no ale ty nie zaczekałeś na swojego szefa, tylko nawiałeś w podskokach, czyli piszesz ty.
Zarechotał, a rechot w jego wykonaniu przypominał dźwięk perkusji przeciskającej się przez wielką metalową rurę. Dearborn z trudem tłumił śmiech, ale w końcu też się do niego przyłączył.
Tooker machnął zrezygnowany ręką. Usiadł przy swoim biurku i wziął do ręki orle pióro, które natychmiast wystrzeliło z zaostrzonego końca strugą atramentu, który poplamił mu spodnie.
- Tergeo! – Tooker zebrał różdżką atrament ze spodni, wściekły, że zapomniał sprawdzić rano pióro. Rzadko z niego korzystał, może dlatego. Obejrzał dokładnie kartę pergaminu, a potem zaczął się zastanawiać, jak zacząć swój pierwszy w życiu raport.
- Kiedy je zaczarowaliście? – zapytał w końcu, pokazując pióro kolegom.
- Tydzień temu – odparł bezczelnie Dearborn – już myśleliśmy, że zaklęcie zwietrzeje, zanim taki niepiśmienny jak ty użyje pióra.
Tooker prychnął.
- To jak mam zacząć ten raport, znaczy co na górze napisać? – zapytał Tooker. Moody udał, że się poważnie zastanawia.
- Bo ja wiem? Jeżeli słowo „Raport” uznasz za niestosowne, to może …”Mój dzień pracy jako auror”?
Tooker nie słuchał rechotu kolegów, zamoczył pióro w atramencie i zaczął pisać.
Epilog
Do małego pokoju na poddaszu weszła ubrana w męskie ciuchy młoda kobieta o krótkich, jasnych włosach. Siedzący na kanapie rudy kuguchar nawet nie drgnął, wodził tylko za nią oczami, gdy szła przez pokój. Nie drgnął też, gdy młoda kobieta zmieniła się w podobnego nieco do niej, jednak dużo starszego mężczyznę, który poczochrał go za uszami.
- Żałuj, że cię tam nie było – powiedział mężczyzna, sadowiąc się na fotelu – działo się. Co? A nie, nic nie poszło zgodnie z planem, ale właśnie dlatego było fajnie, wiesz jak lubię improwizację.
Kuguchar patrzył na mówiącego na głos mężczyznę bez zmrużenia oczu. Przywykł już do tych niezrozumiałych dla niego monologów, nie przeszkadzały mu. Ważne, że zawsze na czas miał pełną miskę i posprzątaną kuwetę. Reszta mało go obchodziła.
- Wiesz, w sumie całe to planowanie było bez sensu, te tumany chyba niczego nie zrozumieją, tak myślę – westchnął mężczyzna – ale i tak było fajnie. Właściwie, to chyba jednak zrozumieli jedno. Taką mam nadzieję. A może nie zrozumieją ?
Znudzony kuguchar wstał z kanapy i przeciągnął się, a potem wygiął długi ogon w coś, co do złudzenia przypominało znak zapytania.
Mężczyzna uśmiechnął się na ten widok szerokim, złym uśmiechem szaleńca.
Caairo11
|